Weekend w Walencji – hiszpański dziennik

Weekend w Walencji to definitywnie wyjazd na wariackich papierach. Należał bardziej do tych mało zorganizowanych i bardzo spontanicznych. Czy warto było odwiedzić to trzecie co do wielkości miasto w Hiszpanii?

Walencja, sobota 21. 10.2017

Wyjazd tak bardzo spontaniczny

Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś w pracy rzucił w środę hasło, ale nie za bardzo wiadomo było co z tym zrobić. Jak w każdej pracy mam i tu mniejsze grupki, w których ludzie trzymają się bardziej i kontaktują się lepiej. Jak przyszło co do czego, to w czwartek okazało się, że 6 osób już ogarnęło sobie nocleg i wykupiło bilety na autobus na konkretną godzinę. Zostałam sama, bo i go grupy dołączyłam najpóźniej. Zdecydowałam się jednak na wyjazd, bo chciałam ich wszystkich bliżej poznać. Zamówiłam więc pokój w tym samym hostelu w centrum miasta (Center Valencia Youth Hostel za jedyne 14 EUR) i bilety na autobus (22 EUR w jedną i 11 w drugą stronę przez przewoźnika ALSA). Niestety nie udało mi się kupić tych samych biletów powrotnych co cała grupa, więc byłam zdana na siebie.

Lubię grupowe wyjazdy, bo zawsze coś się dzieje. Raczej rzadko wyjeżdżam z całą ekipą nowych ludzi, raczej wolę jechać gdzieś z bliskimi znajomymi, których zachowania znam i rozumiem. Duża grupa (oprócz dużej ilości śmiechu) gwarantuje też duże komplikacje. Ten chce iść na kawę, ten jest głodny, tamta zaraz się posika, ta chce wracać do hostelu, bo czegoś zapomniała, a te dwie chcą iść zobaczyć katedrę  i wszyscy chcą czegoś innego w tym samym czasie. Każdy ma inny plan wycieczki i inne priorytety na liście rzeczy do zobaczenia. Niestety nie da się pogodzić tego wszystkiego, dzielenie się na mniejsze grupki byłoby rozwiązaniem, ale nie w momencie kiedy wszyscy chcemy się poznać.

Wyjazd tak bardzo grupowy

Przyjechaliśmy do Walencji po godzinie 10.00 i poszliśmy przebrać się do hostelu i zostawić tam rzecz. Był plan iść na śniadanie, a później prosto na plażę! Marzyłam o plaży, szczególnie, że było ponad 30 stopni! Nie chciałam bujać się po rozpalonym słońcem mieście, bo na drugi dzień miało być o 10 stopni mniej, czyli idealna temperatura na zwiedzanie głównych zabytków. Godzinę straciliśmy na dyskusję, więc zapytałam grzecznie czy ktoś idzie na plażę w tym właśnie momencie. Dostałam 6 razy nie.

Przeprosiłam więc i poszłam w swoją stronę mówiąc, że skontaktujemy się odnośnie wieczora i jeżeli ktoś będzie miał ochotę do mnie dołączyć, to gorąco zapraszam. Dojście pieszo na plażę zajęło mi ponad półtorej godziny, ale widoki były niesamowite i było warto się pomęczyć! Przechadzałam się po plaży z ogromnym uśmiechem na zadowolonej twarzy. Z jednej strony port w oddali, z drugiej góry! Usiadłam na rozgrzanym piasku ciesząc się chwilą.

Niedługo później dołączyła do mnie kolejna dwójka z naszej całej paczki, która równie jak ja była spragniona słońca. Zjedliśmy w jednej z restauracji, których przy plaży nie brakuje (Destino 56). Zapłaciliśmy dość niedużo, bo na naszą 3 wydaliśmy niecałe 50 EUR za lunch (ja musiałam spróbować tamtejszych grillowanych kalmarów podawanych na sałatce z ziemniaków i papryki, a do tego grzanki z sosem pomidorowym) i piwo. Oczywiście nie był to najtańszy lunch na świecie, ale i tak spodziewałam się wyższych cen, jak na najbardziej popularną plażę w Walencji. Poszliśmy jeszcze się poopalać, a te urwisy nawet pływały w tej zimnej wodzie! Do centrum wracaliśmy już autobusem (bilet kosztuje 1,5 EUR i można go kupić u kierowcy). Wieczór spędziliśmy włócząc się od knajpy do knajpy ze znajomymi. Walencja to przepiękne miasto, tętniące życiem!

Walencja, niedziela 22.10.2017

Wyjazd tak bardzo męczący

Tylko gorzej jest ze wstawaniem rano po takich wyjściach! Zaspałam na bezpłatną wycieczkę organizowaną przez hostel, więc zrobiłam sobie swoją. Niestety i w tym przypadku pogoda się raczej nie sprawdziła, bo zamiast zapowiadanych 20 stopni i ochłodzenia, było nawet bardziej gorąco niż wczoraj! Z tymi tobołami chodzić po mieście niestety nie miałam siły. Przeszłam się koło zatłoczonego ryneczku i przycupnęłam w cichej knajpce, popijając zimne piwo. Czekałam aż reszta skończy wycieczkę i będziemy mogli wybrać się na jakiś obiad. Doczekałam się i poszliśmy do jednej z wielu restauracji znajdujących się w ścisłym centrum miasta. Za niesamowicie pyszne gazpacho (nigdy wcześniej nie jadłam tak pysznego), pallę typową dla Walencji (czyli z kurczakiem i królikiem), napojem i deserem zapłaciłam 15 EUR!

Wyjazd tak bardzo pouczający

Na rozmowach w knajpie zeszło nam trochę czasu. Wychodząc znowu podzieliliśmy się na dwie grupy. Tym razem odłączyłam się od ludzi z pracy i dołączyłam do dziewczyn, które (jak się okazało) robią staż w bardzo znanej szkole językowej w Murcji. Jedna z nich pochodzi z Czech, a druga z Anglii. Postanowiłyśmy odejść ogromny park, który i tak miałyśmy w drodze na dworzec, a po małym spacerze postanowiłyśmy rozgościć się w knajpie (tak dużo tego w trakcie tego wyjazdu). Bardzo lubię poznawać nowych ludzi i słuchać ich historii, szczególnie jak są odrobinę kontrowersyjne.

Okazało się, że dziewczyny przyjechały do Murcji na kila miesięcy (uwaga) nieodpłatnego stażu. I chociaż firma, w której go odbywają nie należy do tych mało zarabiających, bo godzina w tej szkole kosztuje oszałamiające (dla mnie) pieniądze, to jednak szef im za nic płacił nie będzie. Podobno są odpowiedzialne za bardzo poważne rzeczy, muszą pracować 8 godzin i mają 3 godziny przerwy na sjestę, a przy okazji ich szef to totalny zbok. W porównaniu: moja praca w Hiszpanii polega na tłumaczeniu tekstów dotyczących nauki i podróży, pracuję 5 godzin (mam 15 minut  przerwy) w nowoczesnym biurze, dostaję za to (niewielkie) pieniądze, a szef ze stażystami nie rozmawia: bo jest szefem, bo nie lubi gadać po angielsku, bo ma nas gdzieś, bo ma ważniejsze rzeczy na głowie* (*niepotrzebne skreślić). Za to zwierzchniczkę mam przednią i ekipę bardzo spoko.

Wyjazd tak bardzo pechowy

Zdecydowałam się iść z nimi na wcześniejszy autobus, a nóż widelec będę mogła zmienić bilet na wcześniejszy (za drobną opłatą). Dziewczyny obiecały pomóc, bo fajnie mówią po hiszpańsku. Niestety na miejscu okazało się, że nie ma takiej możliwości. Zdecydowałam się wypłacić pieniądze z bankomatu, podeszłyśmy do jeszcze jednego okienka i poszłam ich odprowadzić. Byłam zbyt zmęczona, żeby wracać do centrum na jakąś godzinę, a jak wsadziłam ich do autobusu, to okazało się, że nie mam w plecaku (ani w ciężkiej torbie) mojego portfela = nie mam kasy, ani jednej karty do bankomatu, dowodu osobistego, legitymacji studenckiej i ubezpieczeniowej! Stanęłam jak wryta, bo po hiszpańsku (jeszcze) nie mówię, a jak wytłumaczyć komuś, że coś takiego się stało.

Chyba tylko ze łzami w oczach, bo tych już miałam sporo ale usiadłam i zaczęłam sprawdzać wszystko jeszcze raz, bo przecież każdy wie, jak to jest z babską torebką. A jak baba ma już dwie? Niebiosa zlitujcie się! No nie, nic, nigdzie, nie ma! Przecież jeszcze chwilę temu wypłacałam na dworcu pieniądze z bankomatu! Lecę, pędzę, biegnę do informacji, może coś ktoś wie i mówi po angielsku! Z jednego okienka wysłali mnie do kolejnego, a tam pan powiedział mi, że mam zapytać ochroniarza obiektu, bo on powinien coś wiedzieć. Lecę więc w te pędy i widzę, że ochroniarz już idzie w moim kierunku, z tajemniczym uśmieszkiem na ustach. Okazało się, że gość mówi po angielsku i w dodatku tak się złożyło, że chyba ma mój portfel! Muszę tylko udowodnić, że jest mój, więc padły pytania o gotówkę w nim, o dokumenty, o nazwisko (cel pobytu w Hiszpanii i wiele innych).

Dawno nie poczułam takiej ulgi! Podziękowałam, poklaskałam i poszłam na kawę, bo przecież już mogę za nią zapłacić. Kawa zamówiona, zapłacona no i klops, bo tym razem nie mogę znaleźć telefonu! Szlag mnie zaraz trafi! Zaraz łepetynę zgubię! Przemiła pani w tamtejszej kawiarni zaoferowała pomoc i powiedziała, że może zadzwonić pod mój numer. Jednak nie minęła chwila, a podszedł do nas ten sam ochroniarza i zapytał, czy może czegoś znowu nie zgubiłam! I tak, po raz kolejny wypytał mnie o szczegóły telefonu, po czym wręczył mi go zaśmiewając się w głos! Dawno nie było mi tak głupio!

Weekend w Walencji tak bardzo

Zabrałam wszystkie swoje rzeczy (mam do dziś taką nadzieję) i poszłam  na autobus do Murcji! Weekend w Walencji zaliczam raczej do udanych, chociaż mało aktywnych pod względem zwiedzania i bardzo pechowych. W następnym tygodniu chcę jechać do Kartaginy i mam nadzieję, że tam już będzie bardziej spokojnie!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz