The Blond Travels, czyli wywiad z kobietą sukcesu

The Blond Travels to blog kobiety nieszablonowej, niesamowicie otwartej, naładowanej pozytywną energią i z głową pełną pomysłów. Po kilku latach spędzonych na Wyspach wyrusza do Tajlandii, by odnaleźć siebie i swoje miejsce na ziemi. 

Ma na imię Joanna i pochodzi z Łeby. Obecnie mieszka w Chiang Mai, uczy angielskiego przez Internet, a o swoich doświadczeniach pisze na blogu The Blond Travels. Wpadłam na nią już jakiś czas temu. Jej opowieści wciągają, a od  fotografii często nie mogę oderwać oczu. Dziś żyje daleko od Europy, ale jej emigracyjna przygoda zaczęła się od Wielkiej Brytanii. Wyszłam więc z założenia, że mamy ze sobą coś wspólnego. Czego nauczyła się przez te wszystkie lata na emigracji, za co kocha podróżowanie i jak osiągnęła wielki osobisty sukces? Zapraszam do lektury!

Emigracja wybrała Ciebie, czy Ty emigrację? Wiem, że odważyłaś się wyjechać – jak sama o tym mówisz – jak wielu Twoich rówieśników, do Londynu, do Anglii. I tu mamy ze sobą coś wspólnego od początku, bo na Wyspach wylądowałam też zaraz po studiach.

Tak naprawdę nie wiem. Wydaje mi się, że obie wybrałyśmy się nawzajem. Zawsze chciałam wyjechać. Pamiętam jak szukałam informacji na temat studiów w Australii. Strach jednak tutaj wygrał. Później się tak złożyło, że koleżanka miała mi załatwić pracę w Anglii. Nie wyszło i pojechałam z moim chłopakiem w ciemno.

Dziewczyna, od której wynajmowałam mieszkanie, pracowała w McDonaldzie i tam dostałam swoją pierwszą pracę. Później było sprzątanie w hotelu, praca w H&M, a potem to już były korporacje i praca w biurach. Myślę, że po pierwszym roku to emigracja szepnęła mi do uszka: Asia, zostań. Po co wracać? Tutaj jest tak fajnie. No i zostałam.

Czym jest dla Ciebie to doświadczenie? To była bardziej pozytywna podróż, a może bardziej wspominasz ją na smutno? Czego nauczyła Cię angielska emigracja?

Mój dziesięcioletni pobyt w Anglii wspominam różnie. Na początku było mi strasznie ciężko. Tęskniłam za domem, za rodziną i przyjaciółmi. Nie mieliśmy pieniędzy, więc jedliśmy chleb z dżemem i gotowaliśmy wodę, żeby ją później schłodzić i pić jako wodę mineralną. Mój jedyny ciepły posiłek stanowił zestaw w McDonaldzie, który przysługiwał mi podczas moich zmian.

Później było już tylko lepiej, ale do wszystkiego musiałam dojść sama. Często zmieniałam pracę, bo byłam (i jestem nadal) ambitna i chciałam ciągle więcej. To też nauczyło mnie, że nic nie jest niemożliwe i trzeba tylko chcieć. Pobyt w Anglii, mimo że często było ciężko, wspominam jako coś, co dużo mnie nauczyło, dało mi siłę i wiarę w swoje możliwości.

10 lat w Wielkiej Brytanii nauczyło mnie też otwartości na ludzi, pokazało mi, że wielu prowadzi niekonwencjonalny tryb życia, że stereotypy bardzo często się nie sprawdzają. Oczywiście nauczyłam się też języka. Angielski obecnie traktuję na równi z polskim. Tak naprawdę posługuję się nim częściej niż językiem ojczystym. Dzięki emigracji mogę teraz zarabiać ucząc angielskiego z domu, mam swoją firmę i dobrze sobie radzę.

Z doświadczenia wiem, że emigracja nas zmienia. Z nią masz do czynienia nie od wczoraj. Czy możesz opisać podobieństwa, różnice życia w Anglii i w Tajlandii? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to dwa inne bieguny, jeżeli chodzi o kulturę, ale w kwestii bycia „nie u siebie”, co się czuje?

 Myślę, że jeżeli zapytałabyś się 10 osób, które zrobiły to co ja, to otrzymałabyś 10 różnych odpowiedzi. Dla każdego takie wyprowadzki są czymś innym. Dla mnie te dwie emigracje to dwie różne rzeczy. W Anglii nie bardzo lubiłam mieszkać.

Tam życie wydawało mi się zbyt stresujące, zbyt poważne. Każdy za czymś gonił, ludzie tłoczyli się w metrze, biegli nie wiadomo gdzie, poświęcali pracy w biurach swoją młodość, a wolny czas spędzali albo na zakupach, albo w pubach na piciu piwa. Do tego pogoda często nie sprzyjała robieniu czegoś fajnego. Przez zimę często nie można było wyjść na spacer, bo albo padało, albo było za zimno. Latem nie można było zbytnio zaplanować wycieczek ani nawet grilla, bo istniało duże prawdopodobieństwo, że będzie padać.

Często wydawało mi się, że w Anglii życie przepływa mi przez palce. Jednak stamtąd było mi blisko do domu, byłam w Europie, wśród ludzi o podobnej kulturze i łatwo było mi się dostosować. Oczywiście, na początku, jak to każdy, krytykowałam Anglię i dopiero po czasie zaczęłam ją traktować jak drugi mój dom. Przestałam się w końcu czuć jako przyjezdny, a zaczęłam odczuwać, że nareszcie się zadomowiłam.

W Tajlandii zakochałam się od kiedy tylko wysiadłam z samolotu. Od razu niejako wiedziałam, że po prostu muszę tam zamieszkać. Mimo, że tutaj nigdy nie będę w stanie wtopić się w otoczenie, chociażby ze względu na kolor skóry, to i tak czuję się tutaj o wiele szczęśliwsza. Mimo, że pracuję ciężej niż w Anglii to i tak wydaje mi się, że korzystam z życia w lepszy sposób, bo robię to co kocham i żyję w kraju, który uwielbiam.

Wolny czas spędzam bardzo często poza miastem, w górach, gdzie odkrywam nowe miejsca albo upajam się tymi już mi znanymi, nie wydaje pieniędzy na zbędne rzeczy, codziennie jadam coś tak pysznego, że jest to niemal duchowe doświadczenie. Czuję się tutaj szczęśliwsza.

Z drugiej strony, wiem że nie jestem tutaj u siebie. Załatwianie wizy, pozwolenia na pracę i warunki jakie stawia tajski rząd przyjezdnym, zawsze będą nam przypominały, że jesteśmy z zewnątrz. Bardzo wielu ekspatów wie, że kiedyś trzeba będzie wyjechać i nikt tutaj tak naprawdę nie chce, żebyśmy zostali na dłużej. Zawsze są jakieś plusy i minusy.

Ciągnie Cię gdzieś tam w środku do Polski, do jakiegoś „powrotu”?

Raczej już nie. Polska to dla mnie odległa rzeczywistość. Spędziłam tam ostatnio 4 miesiące. Na początku było cudownie, ale później pewne rzeczy zaczęły mi przeszkadzać i musiałam wyjechać. Chciałabym kiedyś wrócić do Łeby, skąd pochodzę, mieć tam swoje pokoje, czy domki, które mogłabym wynajmować jako dodatkowy zarobek, ale wiem, że na zimę na pewno chciałabym jechać do ciepłego kraju.

W jaki sposób zadomowiłaś się w Tajlandii? Co pomagało Ci od początku Twojej przygody? Dlaczego właśnie tam zdecydowałaś się żyć, pracować? Miałaś tam jakieś osobiste dramaty, a może jednak sukcesy?

Zadomowienie w Tajlandii po prostu przyszło samo. Wyszło to tak naturalnie, że nawet nie wiedziałam kiedy. Chiang Mai także pokochałam od razu, od kiedy tylko zaczęłam swój kurs TEFL. Polubiłam to miasto tak, że kiedy pojechałam na miesięczny urlop do Indii, skróciłam swój pobyt, bo bardzo za nim tęskniłam.

Sukcesem było na pewno znalezienie pracy, która w zasadzie sama mnie znalazła. Wytrzymanie 2 lat w tajskiej szkole też uznaję jako osobisty sukces 😉 Osiągnięciem też dla mnie jest to, co robię teraz, a więc blogowanie i rozwinięcie bloga z małej, nikomu nieznanej strony w coś dużego oraz otwarcie swojej firmy.

Jeżeli chodzi o dramaty to oczywiście było parę takich momentów, które sprawiały, że wątpiłam w to, co robię. Życie jest nowelą, jak mówią słowa znanej piosenki, i każdy z nas ma zawsze chwile zwątpienia. Jednak, wydaje mi się, że tutaj te problemy jednak znosi się jakoś lepiej.

W jaki sposób podchodzisz do podróży? Z tego co wiem, to nie jesteś fanką odhaczania kolejnych stolic, miast, głównych zabytków. Czym jest filozofia, którą kierujesz się podczas Twojego, nowego poznawania świata?

Kiedyś napisałam post o czymś, co się górnolotnie nazywa ‘slow travel’. O ile pamiętam, to było w tym samym roku, kiedy pojechałam do Indii. Odwiedziłam tylko Keralę, jeden stan w tym olbrzymim kraju. Pamiętam, jak się zatrzymałam u pewnej rodziny w Kochi. Po paru dniach u nich chciałam pozwiedzać inne miasta i wioski. Wsiadłam więc w autobus i ruszyłam przed siebie. Nie zajechałam daleko, bo utknęłam w Thekkaddy. Zwiedziłam tam co miałam zwiedzić, a resztę dni spędziłam na czytaniu książek, oglądaniu filmów na laptopie i jedzeniu curry. Wróciłam później do tej samej rodziny do Kochi. Zostałam u nich 5 dni i robiłam to samo: jadłam, czytałam, oglądałam filmy i chodziłam na spacery. Oni się strasznie dziwili, że nie chcę zwiedzać i ciągle mi proponowali wycieczki.

A ja już tam miałam panią, która w swojej małej restauracyjce gotowała mi posiłki oparte na swoich kuchennych eksperymentach, kafejkę gdzie piłam codziennie kawę i czytałam książkę i gdzie znałam kelnerów z imienia. Codziennie też kupowałam słodkości u tego samego sprzedawcy przy plaży. Miałam też swoją koleżaneczkę, Hinduskę, która przychodziła z dziećmi na plażę codziennie i z którą ucinałam sobie pogawędki o życiu.

To jest właśnie to, co lubię robić. Nienawidzę gonić od atrakcji do atrakcji, pakować się co 3 dni i jechać dalej. Strasznie mnie to męczy. Oczywiście, są miejsca, które trzeba zobaczyć. Jak np. Angkor Wat. Kiedy byłam w Kambodży odbyłam wycieczkę dookoła ruin i to był główny punkt zwiedzania. Reszta mojego pobytu tam polegała przeważnie na błądzeniu pomiędzy uliczkami miast i miasteczek. Dlatego też tak lubię podróżować sama, bo nie mam ciśnienia żeby coś robić i mogę zwiedzać w swoim własnym tempie.

I teraz pytanie, które bardzo często pojawia się w umysłach ludzi, którzy bardzo chcieliby podróżować na długie dystanse. Chodzi mi o tych, którzy w mailach pytają: w jaki sposób można się z tego utrzymywać? Co takiego Ty oferujesz i w jakimś sensie, oni mogą zaoferować, żeby w podróży się utrzymać?

Tak naprawdę, z podróży można się utrzymać jeżeli 10 lat prowadzi się bloga albo jest się znanym pisarzem lub fotografem podróżniczym. Wielu myśli, że założy bloga podróżniczego i pieniądze będą spływać mu do kieszeni, a nie zdaje sobie sprawy, że ci, którzy zarabiają w ten sposób na podróżach bloga założyli 10 lat temu, kiedy tego typu strony były rzadkością. Są jednak inne możliwości. Można być grafikiem, projektantem stron internetowych, copywriterem, albo tak jak ja, nauczycielem angielskiego online. Jeżeli ma się jakieś możliwości, pomysł i bazę klientów to można ruszyć w świat, mieszkać gdzie się chce i zarabiać pieniądze.

Pojęcie „cyfrowego nomadyzmu” nie jest Ci obce. Czytałam ostatnio u Ciebie, że masz piękny i wielki plan posiadania własnej firmy. Oczywiście gratuluję i chciałabym zapytać o szczegóły. Takie plany zapewne nie rodzą się jednej nocy?

Tak, moją firmę OK! English,  otworzyłam bardzo niedawno. Od 2 lat uczę angielskiego przez Internet, ale pracuję głównie dla agencji. Lekcje są łatwe i przyjemne, ale każda jest z innym uczniem i zaczęło mi to przeszkadzać, że nie widzę ich postępów i co godzinę muszę przedstawiać się komuś innemu. Dlatego teraz oferuję prywatne lekcje angielskiego przez Skype. Moim celem jest nauka konwersacji i sprawienie, że uczeń zacznie wierzyć w swoje możliwości. Polacy mają bowiem przekonanie, że nie mówią dobrze po angielsku i zawsze bardzo dużo od siebie wymagają.

Co pomagało Ci w przeświadczeniu, że możesz i zrobisz to? Co doradzałabyś ludziom, którzy mają podobne pomysły i plany? Co trzeba mieć, żeby plan się powiódł?

Jeżeli chodzi o firmę i o pracę zdalną to nie wiem co trzeba mieć, żeby plan nie zawiódł, bo sama dopiero zaczynam i nie uważam się za eksperta. Pracowałam jednak w Anglii i ze sprzedawcy w McDonaldzie doszłam do pozycji osobistej asystentki jednego z najbardziej wpływowych ludzi w brytyjskim świecie medycznym. W Tajlandii udało mi się poczuć jak w domu, dostać pracę i zrozumieć jaki mam cel w życiu.

Mogę więc powiedzieć, że żeby plan nie zawiódł trzeba konsekwentnie dążyć do spełnienia marzeń. Przede wszystkim nie można się załamywać i poddawać. Jeżeli zmiana pracy wymaga od ciebie zrobienia kursów, ukończenia studiów, podjęcia ryzyka to trzeba to po prostu zrobić. Jeżeli chcesz rzucić pracę w korpo i wyjechać to zaoszczędź pieniądze, przemęcz się nieco w swojej firmie, zakreśl plan wyjazdu i kup bilet.

Myśl pozytywnie. Jeżeli coś się nie udaj to może coś robisz źle, albo po prostu tak ma być. Może to nie jest twój czas? Może lepiej poczekać z decyzjami? Dla mnie najważniejsze jest pozytywne nastawienie, bo bez tego bardzo dużo rzeczy może po prostu nie wyjść.

Czytałam u Ciebie o samotnym podróżowaniu. Tak się składa, że jestem singielką i marzę o podróży w pojedynkę. Jednocześnie bardzo się jej boję. Pojechałam sobie w kilkudniową podróż po Czechach (i nie tylko) ale zawsze gdzieś mi ta samotność (i obawa przed byciem dziewczyną z plecakiem) przeszkadzała. A Ty polecasz, na przykład, Tajlandię. Dlaczego?

Polecam Tajlandię na pierwszą daleką podróż, obojętnie czy samotną czy z kimś. Tajlandia to bardzo prosty i bezpieczny kraj do podróżowania. Tutaj nauczysz się, jak sobie radzić w podróży ale także doświadczysz innej kultury i przeżyjesz przygodę.

Ja bardzo cenię sobie samotne podróże. Przede wszystkim pozwalają ci one na bycie samemu ze sobą. Poznajesz siebie wtedy jeszcze bardziej. Dostosowujesz podróż do swojego rytmu, robisz co chcesz, nie musisz polegać na innych. To jest prawdziwa wolność.

Do tego, za każdym razem kiedy podróżowałam sama, przytrafiały mi się najlepsze rzeczy. Kiedy jesteś z kimś, obcy ludzie wstydzą się zagadać lub nie chcą przeszkadzać. Kiedy jesteś sama, masz więcej okazji do porozmawiania z ludźmi, poznania ich historii, w szczególności jeżeli chodzi o mieszkańców danego kraju.

Mi się kiedyś zdarzyło rozmawiać z nastoletnimi mnichami w Kambodży, którzy poprosili mnie żebym im pokazała, jak się robi bałwana. Więc spędziłam prawie godzinę z nimi, siedząc pod drzewem w 30 stopniowym upale, rozmawiając o śniegu i mrozie. Takie rzeczy przytrafiają mi się tylko wtedy kiedy podróżuję sama.

Blog prowadzisz już od jakiegoś czasu i to z powodzeniem. Miałabyś jakieś rady dla młodych, początkujących blogerów, którzy interesują się podróżami, opowiadaniem? O jakie media społecznościowe powinno się zadbać Twoim zdaniem? O czym trzeba pamiętać, a czego unikać?

Mój blog istnieje już bardzo długo, ale dopiero niedawno zdecydowałam się zająć się nim na poważnie. Nie jestem ekspertem. Blog nie dorasta do pięt tym, którzy w świecie blogerskim są od dawna, ale zdołałam go rozwinąć i moja liczba czytelników w ostatnich dwóch latach wzrosła z 3,000 do 20,000 odwiedzin miesięcznie.

Jeżeli mamy zamiar założyć bloga i z niego później się utrzymać to należy zrozumieć, że jest to ciężka praca. Pisać trzeba bardzo często. Jeżeli na blogu nie pojawią się regularnie posty, umrze on śmiercią naturalną. Myślę, że wielu nie zdaje sobie sprawy ile pracy trzeba włożyć w blogowanie. To jest nie tylko pisanie, ale również odpowiadanie na komentarze, maile, media społecznościowe, nawiązywanie znajomości z innymi blogerami, utrzymywanie kontaktów z czytelnikami, newslettery – mogłabym tutaj wymieniać te rzeczy w nieskończoność. Sama obecnie spędzam nad blogiem około 3-4 godzin dziennie. Oczywiście taka liczba godzin nie jest wymagana, ale trzeba liczyć się z faktem, że jest to ciężka praca.

Jeżeli chodzi o media społecznościowe to wszystko zależy od tego co akurat działa u ciebie. Niektórzy przyciągają do siebie czytelników przez piękne zdjęcia na Instagramie, inni uwielbiają dzielić się małymi rzeczami przez Twittera, jeszcze inni świetnie się bawią na Snapchacie. Mój blog opiera się głównie na interakcjach przez Facebook’a. Inne media traktuję nieco po macoszemu. Na Twitterze mam 3,000 śledzących, ale wstawiam tam niewiele, bo naprawdę nie potrafię zmieścić swoich myśli w 100 znakach. Na Instagram wrzucam zdjęcia raz na jakiś czas, jeżeli akurat wyjeżdżam na wycieczkę. O Snapchacie nie wiem nic i nigdy go nie używam. Wszystko zależy więc od bloga i od twojej osobowości i sposobu komunikowania się z innymi.

Dziękuję Ci Joasiu za niezwykłą rozmowę. Pouczającą i motywującą rozmowę. Trzymam kciuki za Ciebie, Twoją nową firmę i życzę Ci samych sukcesów. Kto wie, może do zobaczenia w przyszłości, tym razem na żywo!

Joasię znajdziecie także na:

Dodaj komentarz

14 komentarzy do "The Blond Travels, czyli wywiad z kobietą sukcesu"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
Dagmara
Gość

Świetny, obszerny wywiad! Dzieki Tobie poznałam kolejny wartościowy blog! Chętnie jeszcze wrócę i poczytam:)
Pozdrawiam!

Joannavi
Gość

Bardzo miło się czytało ! Czekam na kolejne wywiady <3

simplyhappy
Gość

Aż trudno uwierzyć, że łączy nas tak wiele!! Praca na emigracji w Londynie, prowadzenie bloga, wielkie plany podróży, miłość do Tajlandii ❤ ❤ Z jednym wyjątkiem – my we dwójkę 😉

SmileyProject
Gość

Wolałabym emigracje do Australii 😉 Anglia akurat w ogóle mnie nie pociąga 🙂

Aleksandra / Thief of the world
Gość

Nie znałam Joasi, a zaciekawiła mnie tą rozmową. Muszę zagłębić się w jej bloga, choć ja niestety aż taką miłością do Tajlandii nie pałam, jak ona.

Magdalena
Gość

Ciekawa rozmowa, ciekawa kobieta, ciekawe spostrzeżenia. trochę inaczej wyobrażałam sobie dotąd podróżnika 🙂 Tak naprawdę Joasia to osoba, która poszukuje siebie. Podoba mi się jej spokój i podejście do spraw wszelakich.
Powodzenia i odwagi dla Ciebie w realizacji marzenia

Aneta
Gość

Zazdroszczę każdemu, kto wyjechał na stałe do Tajlandii i wierzę, że sama dołączę do grona polskich emigrantów w tamtym rejonie 🙂 Bloga nie znałam, chętnie poznam 🙂

Andrzej
Gość

Ciekawa forma wpisu. Akurat niedługo będę wybierał się do Tajlandii i szukam dodatkowych informacji na ten temat.

Ania
Gość

Świetny wywiad, z przyjemnością się go czytało 🙂 Dla mnie trzeba mieć olbrzymia odwaga, żeby na stałe wyjechać z kraju.

Marta
Gość

Bardzo fajnie i obszernie 🙂

wpDiscuz