Siostra i życie na emigracji

Cały czas powtarzam, że wyjechałam do Wielkiej Brytanii z przyjaciółką. Doszłam do wniosku, że jest ona nieodzownym składnikiem w tej historii, więc o niej i o nas słów kilka. Oto ja, siostra i życie na emigracji.

Zanim jednak zabierzesz się za dalszą (lekko wyrwaną z kontekstu) część historii, polecam:

Napić się (nie)polecam..
Napić się (nie)polecam..

Jak siostra!

Otóż niechybnie mi było zostać jedynaczką, ale przecież rodziców zmusić nie mogłam, żeby mi machnęli siostrzyczkę, czy zmajstrowali braciszka, więc radzić sobie jakoś trzeba. Ona zaś miała dwójkę braci i gdzieś zawsze powtarzała, że chciałaby mieć starszą siostrę. Poznałyśmy się na studiach. Ja byłam na trzecim roku, ona dopiero zaczynała i wprowadzała się właśnie do wynajmowanego przez kilka innych osób mieszkania. Wysoka, szczupła blondyna i jej zapłakane oczy. Nie zapomnę tego widoku na długie, długie lata! Sama nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać z nią. Pierwszy raz na dłużej poza domem, w dodatku daleko od ukochanego, świat się chyba zaraz skończy.

Jak człowiek jest już na trzecim roku, to łatwo jest mu się wcielić w rolę eksperta od studiowania. Mnie wtedy było łatwo. Na swoim pierwszym roku, gdzie nie miałam pojęcia co to indeks, czym się różni doktor od profesora zwyczajnego, do czego służy legitymacja studencka, zamieszkałam w prywatnym akademiku i trafiłam na bardzo mądrą dziewczynę (i chwała jej za to). To ona wyjaśniała mi niesnaski uniwersyteckie, podpowiedziała czym jest stypendium socjalne i zabrała mnie na pierwsze (darmowe dla pierwszoroczniaków) piwo do studenckiej knajpy.

Na studiach się jakoś kręciło..
Na studiach się jakoś kręciło..

Dzielić się, to podstawa

Od tamtego momentu stwierdziłam, że wiedzy nie ma co ukrywać, tylko trzeba się nią sukcesywnie dzielić. Z profesorami, a to gwarantuje stypendium naukowe i z innymi, zielonymi w temacie istotami, prężnie zasilającymi studenckie szeregi, co w gruncie rzeczy nie gwarantuje niczego, ale skłania ku nadziei, że takowy w ramach podziękowania zabierze Cię na kufel złotego trunku. Dlatego też, że miałam przewodnika i wszystko później było takie proste, chciałam się odpłacić losowi, bo przecież w generalnie całkiem miła ze mnie dziewczyna, i chyba też ze względu na te zalane łzami oczy, postanowiłam z miejsca pomóc tej przestraszonej uczelnią wyższą kobitce.

Samo jakoś się tak złożyło, że coś „klikło, pstrykło” i niedługo później prowadziłyśmy długie rozmowy do rana z butelką Bóg wie czego, śmiejąc się i płacząc w tym samym momencie. Podczas jednego z takich spotkań, oczywiście w moim pokoju, gdzieś grubo po północy zaczęłyśmy narzekać na brak siostry, a reszta jakoś sama się potoczyła. Wszędzie byłyśmy razem, miałyśmy wspólnych znajomych i czasami wspólnie miałyśmy się po dziurki w nosie i od nowa. Z perspektywy czasu uważam, że to było całkiem zabawne i dziecinne zarazem, ale jeszcze żadna z nas nie wiedziała, że pięć lat później wyjedziemy do Wielkiej Brytanii, udając siostry.

Dramaty były rodem z liceum, a i piwa nie brakowało..
Dramaty były rodem z liceum, a i piwa nie brakowało..

Wspólne przeżywanie dramatów

Bardzo silnie skleja, wydaje mi się nie tylko przyjaciółki, ale każdy rodzaj relacji międzyludzkich. Szczególnie jak rzuci nas druga połówka, a my nie mamy koło siebie żadnego 0,7 i wtedy, kiedy profesor stwierdza, że nie powinno Cię tu być, bo jesteś za ładna i pewnie pusto masz w głowie, jak szlag, albo kiedy zaczyna odbijać Ci na punkcie faceta i ktoś musi Cię przecież wysłuchać, no i kiedy brakuje Ci na chleb z masłem, bo wszystko poszło na wczorajszą imprezę, a do Matki Bożej Pieniężnej jeszcze parę dni. Rany! Od tego jest rodzeństwo!

No trochę mnie poniosło i lekko zboczyłam z tematu. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni, jak mniemam. Resztę o wspólnym wyjeździe już znasz, ale nie wiesz o fakcie, że postanowiłyśmy grać tam siostry. W sumie to z graniem miało mało wspólnego, bo przemieszkałyśmy ze sobą parę semestrów i przeżyłyśmy kilka wzlotów i upadków. Dziś jak o tym pomyślę, to łapię się za głowę, bo nie mam pojęcia jak Ci ludzie uwierzyli nam, że jesteśmy spokrewnione.

Ona: długa, szczupła, blondyna, trochę wycofana, chociaż poczucia humoru jej nie brakowało, tak jak i ciętej riposty, do tego głowę na karku ma, jest urocza, chociaż czasami gapowata. Ja do wysokich nie należę, w tamtych czasach zafarbowana byłam na czarno, zawsze wszędzie mnie było pełno, do miss gracji i wdzięku dużo mi brakowało, chociaż lubiłam się śmiać, to bywałam przesadnie poważna i naburmuszona. W dodatku miałyśmy inne nazwiska, ale przecież – jak miałyśmy w zwyczaju mówić – różne rzeczy się zdarzają, prawda?

Stare czasy..
Stare czasy..

Wydawało nam się

Jak będziemy się trzymać razem jako siostry, to będzie nam w pracy jakoś łatwiej. Oczywiście zakwaterowano nas razem, razem dojeżdżałyśmy do pracy, ale jak się domyślasz, łatwiej nie było. W pracy stawiano to za powód, żeby nas rozdzielać, bo przecież zaraz będziemy kłapać dziobami, a nie skupiać się na pracy, tak jakby pakowanie owoców do pieprzonego woreczka, było wypadkową skupienia i inteligencji, a w dodatku biegłości w trzech językach. Razem nas przecież też nie obsadzą na stanowiskach kontrolerek, bo przecież ludzie będą gadać. I tak zaczęły się schody. Kiedy ja miałam trening, ona stała na lince i odwrotnie, po czym ostatecznie żadna z nas nie przepracowała na tym stanowisku, ani za wcześniej uzgodnione pieniądze ani jednego dnia.

Wyobraź sobie również domki letniskowe nad angielskim morzem we wrześniu i październiku. Deszcz pada od kiedy pamiętam, słońce widzę podczas półgodzinnej przerwy. Nie mam kiedy i gdzie wyprać i wysuszyć ciuchów. Wszystko w pokoju, łącznie ze ścianami, było zawilgotniałe, a prąd przy włączonych grzejnikach uciekał w dwie minuty.

Siostra i życie na emigracji

To oczywiście najlepsza pora, żeby wzajemnie się wspierać, albo wzajemnie się nakręcać i dołować. Zaczynamy się kłócić, myśleć o powrocie, rezygnacji, z drugiej strony chcemy walczyć i realizować plan. Jednak uważam, że po pierwsze nie odważyłabym się jechać bez niej. Po drugie nie zdecydowałabym się zostać, gdyby nie ona. Po trzecie nie wyobrażam sobie przeżywać tego koszmaru w pojedynkę. Brzmi chyba trochę egoistycznie, ale jednak wszystkie smutki dzieliły się na dwie, tak jak niepowodzenia, złość i niechęć do innych. Nie wyobrażam sobie przetrwać w tamtym środowisku ani jednego dnia bez niej. W gruncie rzeczy rodzinna emigracji nie jest taka zła, prawda?

Masz podobne doświadczenia? Inne zdanie? Podziel się 🙂

 

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Siostra i życie na emigracji"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
Iwona
Gość

Super, że masz taką bliską osobę. Ważne, żeby w życiu trafić na chociaż jedną dobrą przyjaźń.

Natalia
Gość

Rodzona siostra czy nie to bez znaczenia, ważne, że się wspieracie. Nie łatwo o prawdziwego przyjaciela w tych zabieganych czasach! Ja mam podobne przeżycia z moim mężem. Nigdy nie wyjechałabym do Australii bez niego a on nigdy nie opuściłby Polski na zawsze beze mnie… 🙂

Zołza z kitką.
Gość

Zazdroszczę, że masz w życiu Kogoś Takiego – taką bratnią duszę. Podczas mojego wyjazdu moja „bratnia dusza” odpuściła – mimo, że myślałam, że to przyjaźń na zawsze.

wpDiscuz