Przesunąć horyzont, czyli Martyny Wojciechowskiej recepta na życie

W jaki sposób człowiek może przesunąć horyzont? Czy to jest możliwe i na jakiej życiowej płaszczyźnie? Czego trzeba doświadczyć, żeby na nowo przeżywać życie w pełni? Czym jest dla człowieka Góra Gór i kim człowiek jest dla niej? 

Martynę Wojciechowską większość ludzi kojarzy z jej pracą w telewizji, gdzie zaczynała jako modelka, prowadząca programy takie jak: Automaniak, Big Brother, Dzieciaki z klasą. Jednak to był dopiero początek jej kariery w mediach. W 2008 roku pojawiła się na ekranach z fantastycznym programem Kobieta na krańcu świata, który nie przestawał mnie zadziwiać. Martyna przedstawia nam kraj, region, z wyjątkowej, bo kobiecej perspektywy. Jest to często perspektywa zagmatwana i zabarwiona odcieniami innej i różnej od naszej rzeczywistości i kultury.

W 2007 roku objęła stanowisko redaktorki naczelnej National Geographic i National Geographic Traveler, gdzie pracowała przez dziesięć lat. Na początku tego roku ogłosiła, że mimo przepięknie owocnych chwil spędzonych w redakcji, czas tej współpracy dobiegł końca, a ona sama będzie teraz dyrektorką programu podróżniczego Travel Channel. W Internecie zawrzało od tej decyzji, jednak trzymam kciuki i czekam na jej dalszy osobisty rozwój.

Kolejnym niezwykłym osiągnięciem Wojciechowskiej był film Ludzie duchy, opowiadający historię albinosów z Tanzanii. Przejmująca opowieść o tym, jak niewyobrażalnie ciężkie bywa życie „odmieńca” w tamtym rejonie świata. Brak pigmentu w skórze jest tam przyczyną polowania na człowieka przez myśliwych, którzy zrobią wszystko, żeby dopaść swoją ofiarę i przerobić ją na garść amuletów. Film został nagrodzony Złotą Nimfą w Monte Carlo oraz był wyróżniony w Hamburgu.

Oprócz podróży i życia w drodze na walizkach Martyna uwielbia sporty ekstremalne. Jest licencjonowanym nurkiem, ma licencję wyścigową i rajdową. Ukończyła Rajd Paryż-Dakar jako pierwsza kobieta Europy Środkowo-Wschodniej w 2002 roku, a rok później stanęła na podium klasyfikacji generalnej Rajdu Transsyberia, zajmując drugie miejsce. Trzy lata później zorganizowała Falvit Everest Expedition 2006, a o jej zmaganiach i niesamowitym trudzie oraz uporze, możesz przeczytać w książce Przesunąć horyzont. No właśnie.

Martyną Wojciechowską jestem zachwycona od lat. Od lat podąża ona nieprzetartymi szlakami swojej wizji i wyobraźni. Od lat pokazuje, że kobieta może przesuwać horyzonty i granice własnych ułomności, umiejętności oraz niestrudzenie stawiać nowe kroki w różnych dziedzinach życia. Niesamowicie długa lista jej osobistych osiągnięć i zawodowych triumfów daje zielone światło wszystkim tym kobietom, które z jakiejś przyczyny mają lęk przed osiąganiem i spełnianiem siebie.

Jednak życie dziennikarki i podróżniczki nigdy nie było usłane różami, chociaż jak sama przyznaje dzięki ciężkie pracy i zbudowanemu wizerunkowi, czasami łatwiej jest coś osiągnąć. Wiele ludzi uważa, że jest kobietą nieodpowiedzialną, lekkomyślną, która dla szumu medialnego jest gotowa zginąć, chociażby w drodze na szczyt Mount Everest. Wiele z tych osób jednak nie zadało sobie pewnie trudu przeczytania jej książki Przesunąć horyzont.

Dawno nie czytałam książki z takim przejęciem i tyloma momentami, kiedy moje oczy zachodziły łzami. Nie jest to bowiem słodka opowieść o kolejnej podróży, gdzie wszystko jest poukładane, ustalone, oczywiste, zaplanowane. Dużo w niej śmierci, niewiadomych, nieoczywistych, znaków zapytania i walki. I to właśnie walką o siebie i o swoje być albo nie być rozpoczyna się ta książka. Jest to połączenie zapisków Wojciechowskiej z jej dziennika, który nieprzerwanie prowadziła w drodze na szczyt, prywatnych rozmów, wiadomości i maili w jej trakcie, ale też retrospekcji.

Opowieść zaczyna się od zapisków z roku 2004, czyli na dwa lata przed planowaną wyprawą na Czomolungmę. I te zapiski już chwytają za serce, bo dowiadujemy się o wypadku, do którego doszło na Islandii, podczas kręcenia programu Misja Martyna. Nasza bohaterka – do tej pory silna fizycznie i zdrowa kobieta – doznaje wielu urazów, w tym złamania kręgosłupa. Do urazów fizycznych dochodzą również psychiczne, gdyż podczas tej feralnej przeprawy ginie operator i przyjaciel Wojciechowskiej – Rafał Łukaszewicz. Po takiej dozie nieszczęść człowiek czasami nie chce zaczynać wszystkiego od nowa.

I ona też nie chciała. Obarczona poczuciem winy, unieruchomiona, zostawiona na pastwę swoich własnych myśli, tułająca się od szpitala do sanatorium i z powrotem, wiele dni spędzać będzie w pozie pasywnej rezygnacji i przeświadczenia, że już nic jej się nie należy. Gdzieś między płaczem, a niechcianą rehabilitacją zadzwonił telefon od przyjaciółki z prośbą o włączenie wieczorem telewizora i obejrzeniu materiału o zimowej wspinaczce w Himalajach. Obraz z Shisha Pangmy i film o zmaganiu się Rosjan z siłami natury na Evereście uzmysłowiły mi, że to jest jedyna droga. Że kiedy jest tak bardzo, bardzo źle, to musisz przesunąć sobie horyzont*. I tak się zaczęło.

Osobiście nigdy nie zastanawiałam się ile może kosztować taka wyprawa i byłam w wielkim szoku, że nakłady finansowe, potrzebne do jej realizacji znacznie przewyższają pieniądze, jakie być może przyjdzie mi zarobić w przeciągu całego życia. Pozwolenia, sprzęt, opieka miejscowych liczone w setkach tysięcy dolarów. Miesiące, a nawet lata organizacji, a to wszystko dla tej jednej Góry Gór. Czy oby tylko chodzi o jej zdobycie? Czy robi się to tylko, żeby móc powiedzieć innym, że się tam było? A może to całkiem inna opowieść?

Gdy to wszystko zaczynała była mniej więcej w moim wieku. Nie była doświadczoną himalaistką, nie miała wielkiego doświadczenia we wspinaczce, a jednak zaryzykowała. Ryzykowała nawet utratą życia, bo Sagarmatha pochłonęła wiele istnień. 8844,43 m n. p. m. według pomiarów chińskich, czy 8850 m n. p. m. według amerykańskich to jej wysokość Bogini Matki Ziemi. Tuli ona do dziś w swych ramionach pozostawione na jej zboczach ciała najodważniejszych śmiałków. Martyna teoretycznie wiedziała o chorobie wysokościowej, możliwości obrzęku płuc i mózgu, odmrożeniach, zakrzepicy , hipotermii, ale mimo wszystko poszła. W tej wyprawie uczestniczyli też: Jura Jermaszek (kierownik sportowy), Simone Moro, Dariusz Załuski, Tomasz Kobielski, Wojciech Trzcionka, Janusz Adamski oraz trzech Szerpów (pomocnicy i przewodnicy wypraw w Himalaje).

Jeśli gdzieś mignie Ci ten tytuł nie zawahaj się po niego sięgnąć. Dla mnie Przesunąć horyzont to poruszająca opowieść o przepisaniu sobie recepty na szczęście, na życie, na odrodzenie. Oczywiście recepta bardzo indywidualna, ale zarazem jeśli traktowana jako przenośnia, może być i receptą dla Ciebie. Nie musisz oczywiście iść krok w krok za bohaterką książki, ale możesz się zainspirować jej wewnętrzną podróżą i ruszyć w swoją. Po takiej książce ma się ochotę spojrzeć na własne życie z odrobiną dystansu z jednej strony, a z drugiej – z wielką wdzięcznością i nadzieją.

Najpiękniejsze (dla mnie) cytaty z książki Przesunąć horyzont Martyny Wojciechowskiej? Proszę bardzo:

O dziwo, przestałam tęsknić za cywilizacją, za ciepłym prysznicem, za domem. Zdałam sobie sprawę, że nie tęskniłam za nikim i za niczym. Przynajmniej wtedy.

Pierwszy łyk gorącej herbaty. To jest naprawdę wspaniałe uczucie! Chyba między innymi po to człowiek tuła się po świecie i pakuje w ekstremalne sytuacje. by przypomnieć sobie, jak wielką przyjemność potrafią dawać proste rzeczy.

Każdy dzień w Górach Wysokich wiąże się z cierpieniem. Z codziennym umęczeniem. Zimno, złe jedzenie, przesuwanie granicy bólu fizycznego, zmuszanie się do wysiłku wbrew każdej komórce własnego ciała, do pewnego stopnia zezwierzęcenie. I ta nieustanna walka o oddech.

Myślę, że prawdziwa siła nie drzemie w mięśniach. Wiem jednak, że największa potęga drzemie w głowie, w psychice, która pozwala zmobilizować organizm do wielkiego wysiłku.

Mija złe, mija dobre, mija nijakie. Wszystko mija – takie jest życie, ale pozostaje nam pamięć, zachować w sercu ciepły ślad.

Nie można jednak zdobywać Góry Gór po to, by komuś coś udowodnić lub chociażby zasłużyć na uznanie. Można tego dokonać tylko z głębokiego przeświadczenia, że się tego pragnie.

„Przesunąć horyzont” Martyny Wojciechowskiej polecam każdemu

*M. Wojciechowska, Przesunąć horyzont, Kraków 2006, s. 10 .

6
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
Lalo.mamaAnnaGlobfoterkaAniawestolia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Marchewkowa Skandynawia
Gość

Martynę podziwiam od początku jej ‚kariery’. Decyzje z początku tego roku dla niektórych może i są kontrowersyjne ale ja ją doskonale rozumiem i aż się dziwie, że wytrzymała 10 lat w jednym miejscu. Często przychodzi taki moment w życiu, że trzeba iść dalej i się rozwijać i tak też jest w tym przypadku. 3mam mocno za nią kciuki !

westolia
Gość

Zazwyczaj nie sięgam po autobiografie polskich autorów, ale Twoja recenzja jest zachęcająca. Póki co nigdy nie widziałam tej książki ani w bibliotece, ani w księgarni, ale możliwe, że jeśli trafi w moje ręce, gdy będę mieć wolną chwilę, to zagłębię się w przeżycia Martyny Wojciechowskiej.

Ania
Gość

Czytałam, rewelacyjna książka, a Martynę uwielbiam 🙂

Globfoterka
Gość

Darzę Martynę ogromną sympatią i podziwem. Myślę, że całe pokolenie podróżników wychowało się pod jej wpływem i inspiracją. Jeśli trafię na tę książkę, to z pewnością ją kupię.

Anna
Gość

Ważna lekcja dla człowieka. Nie tylko młodego, wkraczającego w dorosłe życie, ale też starszego, który zapomniał o istocie życia… Ja miałam kiedyś przyjemność przez 30 min!!! przeprowadzać wywiad z Martyną. Wspaniała osoba, uwielbiam jej podejście do życia i świata.

Lalo.mama
Gość

Siła charakteru. To jest to!