Polska Wielkanoc oczami obcokrajowca

Zawsze zastanawiałam się, jak może wyglądać polska Wielkanoc oczami obcokrajowca. Gdzieś o tym czytałam, ale do tej pory nie miałam okazji zweryfikować i posłuchać z pierwszej ręki. Jak Nowa Zelandia odbiera Polskę?

Dawno, dawno temu…

Poznaliśmy się w 2013 roku w Milton Keynes, w Anglii. Z przyjaciółką byłyśmy tam lekko ponad tydzień, od trzech dni byłyśmy zatrudnione. Okazało się, że barierę językową przeskoczymy tylko wtedy, kiedy przestaniemy bać się mówić, a do tego jak wiadomo, najlepszy jest native speaker z ogromnymi pokładami cierpliwości. Postanowiłyśmy z przyjaciółką poszukać na CS i HC, wysyłając wiadomości do ludzi, z którymi miałyśmy coś wspólnego: odwiedzone miejsca, podobne zainteresowania, ulubioną kuchnię, miłość do złotego trunku.

Na około 20 zostawionych wiadomości, odpisał nam on – Kiwi z Nowej Zelandii. Jasne, nie ma problemu, żyję tu już tak długo, a nawet nie znam jednego Polaka! To będzie nowe doświadczenie. I kilka dni później błądziliśmy po parku w poszukiwaniu jego ulubionej knajpy (później okaże się, że to będzie nasze ulubione miejsce spotkań). Jak ja sobie przypomnę, na jakim poziomie był wtedy mój angielski, to jestem pełna podziwu dla Kiwi, że nie uciekł od nas pod pozorem wyjścia do toalety! Istna tragedia! I w dodatku nowozelandzki akcent jest odrobinę (wielką odrobinę) inny od brytyjskiego.

I już myślałyśmy, że skoro nie wyszedł wtedy, to pewnie nigdy się już nie odezwie, ale byłyśmy w błędzie. Za tydzień zadzwonił telefon, czy oby nam się w Milton Keynes nie nudzi i czy mamy ochotę na powtórkę z rozrywki. Tym razem w innym miejscu, a może nawet kilku innych miejscach. Chciałyśmy ćwiczyć angielski, to proszę bardzo! Stawka? Jedno piwo (na godzinę)! Później spotykaliśmy się regularnie. Byliśmy razem w Oxfordzie, Paryżu, później w Szkocji i Walii, dalej w Brnie, Wiedniu i Porto! Przyjaźnimy się do dziś!

Nawet mój kot poczuł święta!

Co robisz na Wielkanoc?

Angielski trzeba praktykować, mimo iż z Wysp wróciło się już jakiś czas temu. Dlatego raz w miesiącu na Skype zarządziliśmy spotkania. Podczas tego marcowego zapytałam Kiwi co robi na Wielkanoc, a w odpowiedzi usłyszałam: nic, nie jestem specjalnie religijny, więc chyba będę siedział sam. Jakie sam, dawaj do Polski! Ja też specjalnie religijna nie jestem, a to jest dobry pretekst, żeby uciec od domowych obowiązków i trochę pozwiedzać. Słowo się rzekło i chwilę później Kiwi miał już bilety do Wrocławia!

Największego szoku to chyba doznała moja mama! Ale jak to tak, przecież my nie znamy angielskiego! Po rosyjsku, to i owszem się człowiek dogada, ale po angielsku? Chyba wcześniej nie myślałam w takich kategoriach i nie zdawałam sobie sprawy, że to może wprowadzić osobliwy chaos do świątecznego śniadania. Przecież moje kuzynostwo zna angielski na dobrym poziomie, więc wyperswadowałam mamie niedogodności z tym związane. Przynajmniej na chwilę. Moja mama była chyba tak zestresowana jak ja, wyjeżdżając do pracy za granicę po raz pierwszy!

Uciekłam więc od rutyny przedświątecznego sprzątania, żeby odebrać Kiwi z Wrocławia i pokazać mu odrobinę miasta, bo ile człowiek może zobaczyć w niecałe 48 godzin w tym pięknym mieście, ale o tym będzie osobna opowieść. Mieszkałam tam kiedyś przez pół roku, ale nigdy nie zastanawiałam, co mogę pokazać obcokrajowcowi, żeby wywrzeć na nim (ogromne) pozytywne wrażenie. Na szczęście moja przyjaciółka wiedziała lepiej i po pierwszym spacerze usłyszałyśmy już słowa zachwytu! Nigdy nie wyobrażałem sobie Polski w ten sposób! Tu jest pięknie!

Polska Wielkanoc oczami obcokrajowca? Najlepsza!

Polska gościnność!

Znana chyba w całym świecie (albo sobie coś ubzdurałam!) polska gościnność! Lubię przyjmować gości, a Ty? Sama tydzień wcześniej byłam w Cieszynie (#cieszynlove) i przekonałam się na własnej skórze, jak ludzie potrafią gościć się na wzajem, a i odpowiedni trening bojowy przeszłam. Oprócz spacerów po przepięknym centrum, był Ostrów Tumski i tułaczka wolnym krokiem wzdłuż Odry. No i przyszedł czas na tradycyjne polskie potrawy i browar.

Z przyjaciółką jesteśmy zdania, że jedna knajpa miasta nie czyni, więc trzeba się po paru pofatygować, żeby uchwycić klimat. Obeszliśmy ich chyba z sześć, żeby w ostatniej tańczyć prawie do białego rana. Kilka godzin snu i dalej wpadamy w zachwyt! Z wielkiego Wrocławia pojechaliśmy na wieś! To mu się dopiero podobało – cisza, spokój, natura! Sady, mimo chłodu, przywitały nas słońcem i całym ogromem kwitnących wiśni! To dopiero niespotykany w wielkim mieście widok!

Gospodarz domu, ojciec mojej przyjaciółki, zaczął serwować polskie przekąski w postaci pysznych polskich kiełbas, innego mięsiwa, domowej roboty galarety, pikli receptury żony. Do tego kilka kropel dobrej whisky, wspaniałego lokalnego piwa i nalewek własnej roboty. Po tym już opowiadanie o podbojach Europy na motocyklu (w dodatku w innym języku) było tylko zwieńczeniem tego rodzaju gościnności, o której gdzieś się tylko słyszało. Ogromy, czysty i pełen miłości dom, zrobił swoje. Wielkie wrażenie.

Poranna pobudka wcale nie była natarczywa, bo zapach kawy i pysznego śniadania unosił się aż na pierwsze piętro. Perspektywa prawie bezchmurnego nieba i wejście na Ślężę, już coraz głośniej szumiało w głowie. W Wielką Sobotę, zamiast iść ze święconką do kościoła, którego w pobliżu nie ma, mieliśmy zamiennik w postaci wspinania się na górę o wysokości 718 metrów. Na całe szczęście spalę wszystkie te kalorie! – powiedział z radością.

Wizyta w Żaganiu

Ze względu na inny rozkład jazdy pociągów w czasie świąt, tato przyjaciółki odwiózł nas (ponad 120 kilometrów) do samego Żagania, w którym to urodziłam się ja i który również (swoją gościnnością) zrobił ogromne pozytywne wrażenie na Kiwi. Takie niby małe miasto, ale ile tu pięknych kobiet! Spotkanie z moją mamą, oczywiście długo planowane, a jakże nieoczekiwane, bo byliśmy ponad godzinę za wcześnie! Nie mogła biedna na szybkiego wskoczyć w sukienkę, jak to planowała, a w zamian biegała jak poparzona z ręcznikiem na głowie (tak, oberwało mi się za to)!

Kiwi był w szoku. Nie przy okazji mojej mamy, która starała się wypaść jak najlepiej, jakby co najmniej mój cały posag od tego zależał (starych panien już i tak nikt nie liczy). Był w szoku, bo myślał, że w Polsce jest totalna bieda. Z naszych opowiadań wynikało, że na wiele rzeczy nas nie stać, że zarabiamy bardzo mało i nie możemy sobie na wiele pozwolić. Tak przynajmniej wynikało z naszych opowieści, za czasów życia w Anglii. Mama w 5 minut przyszykowała stół, jakby miała podejmować 10 osób. Usiedliśmy i zaczęło się.

Rozmawialiśmy o starych czasach – o jedzeniu na kartki, o tym, że pieniądze były, ale nie było co za nie kupić. O kolejkach, w których ludzie musieli się zmieniać, bo były tak długie. O tym, że w Anglii Kiwi zarabia w tydzień, co moja mama w miesiąc, a koszt życia i utrzymania są podobne. O tym, że takie małe miejscowości przypominają mu Nową Zelandię, szczególnie widoki ze Ślęży, i o tym, że dla takiego szarego człowieka kraj Kiwi jest niemal to nie do zdobycia.

Najbardziej roześmiani ludzie!

Poszliśmy później do mojego ulubionego baru w Żaganiu – 3 po 3. Nie zdajesz sobie nawet sprawy ile tu przyjaźnie nastawionych ludzi, z chęcią do mówienia po angielsku! Kiwi był tam chyba jedynym do tej pory Nowozelandczykiem, a jakie powodzenie?! I tak to samego zamknięcia! Niedługa chwila dzieliła nas od wielkanocnego śniadania i kolejnych polskich niespodzianek! Cała rodzina z ciekawością wyglądała naszego przyjścia!

Wszystkie ciocie już w myślach planowały moje zamążpójście (a już Wam tak, taki psikus)! Męska część spierała się o to, co by tu podać do picia i tylko kuzyn zachował „trzeźwość umysłu”, objaśniając obcokrajowcowi historię Żagania. W ruch poszła święconka, pieczołowicie objaśniana przez moją kochaną babcię. Zaraz na plan pierwszy wysunęła się biała kiełbasa, domowej roboty mojej chrzestnej. Później odegrał się spór męski, o to czy można w święta wypić kieliszeczek przed 12.00, czy też może nie wypada. Polał się żur na zakwasie z jajem, a one same królowały na stole jeszcze w trzech odsłonach: na zielono z natką rzodkiewki, na pomarańczowo z łososiem i kawiorem, i na żółto z curry i kukurydzą!

I jak tu człowieku nie być pod wrażeniem, jak to czas na chwilę zastygł i można było śmiać się z nieprzetłumaczalnych żartów ciotki. Sama atmosfera spokoju i rodzinnego ciepła robiła swoje. Wyszliśmy na spacer, bo policzki już bolały nas od śmiechu i pokazaliśmy Kiwi odrobinę historii miasta. Rynek, ratusz, pałac i wszystko to okraszone historią jaką znamy tylko z książek. A on raz za razem powtarzał: amazing! Imponowała mu nasza znajomość legend i faktów historycznych, imponowało mu nasze małe rodzinne szczęście przy świątecznym stole, imponowało mu to, jak przyjmujemy ludzi do swoich domów.

Słodko-gorzki poniedziałek

Dzień wcześniej tłumaczyliśmy Kiwi tradycję Lanego Poniedziałku. Pod pretekstem przytulenia w podziękowaniu za gościnę, pół szklanki zimnej wody leje mi się na głowę! Ani trochę się tego nie spodziewałam! Spryciarz! Niedługo po śniadaniu przyszedł na nas czas, bo wieczorem wylot, a tu do Wrocławia trzeba jeszcze dojechać! Podziękowań nie było końca, a i wzruszenia miały miejsce. O ile Kiwi uwielbia zwiedzać i podziwiać różne miejsca, to jednak nie Wrocław zrobił na nim największe wrażenie, chociaż przyznał szczerze, że miasto samo w sobie jest piękne, czarujące i pełne wdzięku.

Największe wrażenie zrobiły na nim nasze rodziny. Mówił, że bardzo tęskni za swoimi bliskimi, mimo że nie są aż tak roześmiani i głośni jak my, to nasza gościna przypadła mu do gustu! Wcale mu się nie dziwię, a i sama nie lubię spędzać świąt poza domem. Cały rok mogę być gdzieś w świecie, ale zawsze staram się wracać na te dwie do roku okoliczności. Gościnność, otwartość, śmiech, pozytywna energia, poświęceniez tym od dzisiaj kojarzył będę PolskęNastępną wycieczkę będę planować do Krakowa, a później do Gdańska! Zdecydowanie nie był to mój ostatni raz w tym pięknym kraju!

Torcika?

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz