Pod tęczą, czyli opowiadania Michała Kaziowa

Wpadła mi ostatnio w ręce mała książeczka pod wdzięcznym tytułem Pod tęczą. Wydany w 2000 roku tomik 11 opowiadań to niejako przedłużenie autobiograficznej powieści Gdy moim oczom Michała Kaziowa.

Autor sięga w nich do wciąż żywo pamiętanych zdarzeń z dzieciństwa,

które w brutalny sposób przerywa wybuch wojny, ale także opisuje tu swoje sny – zazwyczaj koszmary, które są dla niego rodzajem przestrogi, złej wróżby, momentem działania podświadomego ja, które nocą ma szansę przemówić (Gdy moim oczom – recenzja).

Tomik rozpoczyna jedno z najbardziej poruszających opowiadań, zatytułowane Opowiadanie wiosenne. Nic nie zapowiada tragedii, jaka miała się rozegrać nie tylko na tych kilku kartkach, ale też i w życiu Kaziowa. Dowiadujemy się, że bohater w momencie tych wydarzeń ma 15 lat i dopiero co zaczyna się wiosna, zaczyna się nowe, budzi się życie po zimowym uśpieniu.

Na wsi trwają przygotowania do Świąt Wielkanocnych

lecz ten sielski spokój zaburza wkroczenie wojsk, a nasz bohater by uniknąć własnej śmierci i niedoli bliskich, musi wstąpić „dobrowolnie” do obcej armii. Tu dramat rozgrywa się na wielu płaszczyznach: sam Kaziów w przeciągu zaledwie kilku dni musi z dziecka stać się mężczyzną, któremu z góry narzucony zostaje obcy kodeks wartości; dzieci zabierane są od matek i ojców, by walczyć w nie swojej wojnie; obchody najważniejszego święta religijnego i całą jego radość przerywa brutalna wojna, która jest zaprzeczeniem wszystkich chrześcijańskich wartości. Bohater wspomina:

Pamięć jest dziwnym fenomenem. Ciągle ożywia dawne zdarzenia. Coś działo się kilkadziesiąt lat temu, a ja to ciągle widzę. Ciągle mam w oczach obraz matki, kiedy milicjanci odrywali mnie od niej. Widzę jej otwarte, zastygłe, bez krzyku, bez łkania usta. Jak u wylęknionego dziecka. A oczy, jakby przechodził przez nie błysk obłędu. Nawet nie są w stanie wytrysnąć z nich jakiekolwiek łzy. Jest odpychana. Próbuje mi włożyć do kuferka święconkę wielkanocną w tę Wielką Sobotę, świętą Sobotę. Widzę ojca spotkanego na koropieckiej naszej, wiejskiej ulicy. Patrzy na mnie, na syna prowadzonego przez milicjantów. Jest bezradny, bezsilny[1].

Na kartach tego opowiadania kreśli tragiczne losy nie tylko swoje,  swojej rodziny i swojej ukochanej wsi Koropca, ale także losy wszystkich innych wyrwanych przez wojnę dzieci, które już nigdy miały nie powrócić do swoich domów i do swoich bliskich.

Podobne odczucia

ma się czytając opowiadanie Franek, Wicek i ja, w którym Kaziów poświęca uwagę innym ludziom, którym wojna odebrała sprawność fizyczną. Franek i Wicek są znajomymi ze szpitala, w którym przebywa Kaziów już po wojnie w 1946 roku. Oni również stracili wzrok i ręce i teraz muszą radzić sobie nie tylko z kalectwem, ale także z odrzuceniem przez rodzinę.

O ile Michała Kaziowa rodzina znajduje i zabiera do domu, z jednoczesnym strachem i miłością, to Franek nie ma już takiego szczęścia. Mimo wszystko Kaziów pamięta o niedoli swoich kolegów i jak tylko może to odszukuje ich, żeby im pomóc. Rysuje się przed nami obraz człowieka, który mimo iż został niesamowicie skrzywdzony przez wojnę, to jednak pomaga jak tylko może, żeby tą resztę życia przeżywali z godnością, a nie w zapomnieniu. Jak wspomina na początku:

Chciałem się znaleźć w innym szpitalu. Chciałem złapać się tej jedynej szansy. Tam był oddział okulistyczny. Więc mnie wieziono. Taka była moja pierwsza podróż. Podróż w ciemności. Zwykłą podróż w ciemności przebywamy z niepokojem, ale kiedy się wędruje w cierpieniu, w bólach, to jest to podróż wśród bagien i nieznośnych wrzasków dzikich zwierząt. Jednocześnie była to podróż po nadzieję[2].

I właśnie taką nadzieję w sercu będzie miał Kaziów przez całą resztę swojego życia, tą nadzieją będzie dzielił się z bliskimi i innymi okaleczonymi weteranami. I w tej swojej podróży przez ciemność wiele razy zwątpi, a jeszcze więcej razy odniesie sukces.

W zbiorze Pod tęczą

znajdziemy również Sygnaturkę, czyli wspomnienie tego, jak o mały włos Kaziów nie stracił życia, będąc jeszcze młodym mężczyzną. Jest czerwiec roku 1942 i wraz z kolegami spędzali niedzielę nad Dniestrem. Byli młodzi, oczarowani życiem, otumanieni przez słońce i lejący się z nieba żar. Wszem i wobec chwalili się swoją witalnością, a dowodem ich chwały miały być przeprawy przez rzekę wpław. Robili to już kilka razy i – jak to młodzi ludzie – myśleli, że mogą być nieśmiertelni.

Chłopcy po udanej przeprawie z jednego brzegu rzeki na drugą odpoczywali w słońcu, rozmyślając i śmiejąc się. Kiedy jednak po kilku godzinach zbierali się na mszę i wskoczyli do zimnych wód Dniestru, młodego Michała zaczęły łapać skurcze, a jego koledzy – myśląc, że ten się wygłupia – zostawili go w tyle. Dopiero kiedy co chwilę zaczyna znikać pod wodę, dławić się i krztusić, ktoś po niego wraca.

Do tragedii nie doszło,

jednak bohaterowi będzie towarzyszył smutek, złość na własną głupotę i myśl o tym, jak to zawsze ojciec upraszał go o rozsądek i co stałoby się z matką, gdyby wtedy utonął.  Rodzina zawsze w sercu Kaziowa była wartością nadrzędną, wiele razy wspominał, że nie dałby bez niej rady otrząsnąć się z wojennej tragedii. Ojciec zastępował mu oczy czytając na głos niezliczone książki, a matczyna miłość dodawała otuchy w trudach życia codziennego bezrękiego, niewidomego dziecka.

W tomie opowiadań Pod tęczą znajdziemy dużo pytań związanych z kwestią rodzinnego domu i tego jak powinny wyglądać relacje z bliskimi, znajdziemy tęsknotę za utraconą witalnością, ale także wiele pokrzepiających serca słów i historii, z których będzie bił optymizm człowieka, który nigdy się nie poddał. Kaziów daje ludziom przykład, że kalectwo nie musi być tylko obciążeniem innych swoją tragedią, pesymizmem i narzekaniem, bo  mimo iż czytelnik ma przed własnymi oczami postać jej autora bez rąk i w ciemnych okularach, to nadzieja i uśmiech zagoszczą w każdym sercu zaraz po przeczytaniu całości.

[1] M. Kaziów, Pod tęczą, Zielona Góra 2000, s. 13

[2] Tamże, s. 31.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o