Park linowy w Krajnie, czyli okolice Kielc na weekend

Perspektywa ma znaczenie. Zależy od punktu widzenia, kątów siedzenia, sposobu patrzenia. Czasami ważne jest żeby zobaczyć rzeczy z innej strony, wziąć pod uwagę inne czynniki niż własne ego, zastanowić się, czy oby następny krok nie będzie łatwiejszy.

Porywanie się z motyką na słońce, albo jak kto woli, na księżyc (osobiście na słońce mam dalej i tam kieruję swoje motyki) mam we krwi. Nie jeden raz się tak porywałam. Życiowo, naukowo, podróżniczo, zawodowo. Ale może tak jest, że kto wyżej mierzy, stara się wyżej celować i w ostateczności wyżej dochodzi (i nie mowa tu o tonacjach)! Życiowo motyka natknęła się na Anglię. Naukowo na Rosję. Podróżniczo na Bałkany. Zawodowo na Polskę. Ostatnio również w myśl – maj to nowy styczeń – postanowiłam sobie znowu coś więcej postanowić. Więcej spotkań z żywymi ludźmi (oto minus pracy zdalnej), jeszcze więcej czytania (3 książki na tydzień to wciąż mało), więcej aktywności na świeżym powietrzu i zachciało mi się parku linowego!

Koloseum w miniaturze

W Krajnie jest fajnie – mówili…

Mała miejscowość pod Kielcami – Krajno – oferowała park miniatur i park linowy (rozrywki, jak kto woli) w jednym (osobne opłaty). I chociaż majówka w świętokrzyskim pogodą nas nie rozpieszczała, to mimo wszytko: jak się bawić, to się bawić (nie kończę zdania, bo większość zna ciąg dalszy). Nawet te miniatury robiły większe wrażenie, niż ten park linowy. Wszędzie dzieciaki skaczące to tu, to tam.

Mogę powiedzieć, że zabrałam mamę na wycieczkę dookoła świata w 60 minut!

Ja nie dam rady? – pomyślałam przez sekundę, po czym kupiłam bilet za 25 PLN na najtrudniejszą trasę. To było trochę jak z robieniem sobie pod górkę na własne życzenie, bo wcale nie musisz się po niej wspinać, bo masz łatwiejsze szlaki, ale jednak! Lubisz wyzwania i adrenalinę, to przecież nie będziesz bawić się w piaskownicy! Do rzeczy!

Berlin w miniaturze

Na drodze stanęła mi ściana wspinaczkowa. Przecież wiem, że jestem przypięta do linek i mam pod sobą (haha) miłego instruktora, ale w głowie pojawiają się pierwsze myśli: to jest trudniejsze niż myślałam, mam buty z obcasem, co mi strzeliło do głowy, po co chcę się testować i sprawdzać, przecież wiem, na co mnie stać! Stawiam więc niezręcznie swoje pierwsze kroki, niczym berbeć, po pionowej ścianie – niezgrabnie, bez gracji, z ogromnym wysiłkiem. Nagle okazuje się, że moja fizyczna wytrzymałość nie jest taka, jak oczekiwałam, żeby była.

Przygotowania do wspinaczki
Ścianka wspinaczkowa wydawała się być prosta do zrobienia

A to dopiero początek!

Co gorsza – moja psychika zaczyna piskliwym głosem podpowiadać, żebym dała sobie siana. Zaraz po tym jak tracę równowagę (jeśli można to tak nazwać), ręce ześlizgują mi się w uchwytów i trzaskam (z impetem) twarzą o pionową ściankę. Chcąc czegokolwiek się złapać, rozcinam sobie dłoń i jestem na siebie wściekła, że nie wybrałam prostszego szlaku. Piździ, bo przecież to kieleckie, a ja wiszę tam i nic nie mogę zrobić. Instruktor krzyczy, z tymi cennymi poradami, a ja tam wiszę jak debil. W dodatku na ziemi patrzą się na mnie ludzie i się śmieją. Ładnie to tak śmiać się z kogoś, kto właśnie próbuje gdzieś dojść?

Zebrałam się w sobie i idę dalej (a dłonie krwawiły). Łatwo nie jest, bo nigdy nie jest łatwo dążyć po swoje. Jestem już prawie na szczycie, kiedy czuję, że moje nogi (tak, w tych butach na małym obcasie – nie pytaj!) odmawiają mi posłuszeństwa i telepią się jak cholera. Zdaję sobie sprawę z tego, że dalej tak długo nie pociągnę (haha) i mam rację, bo tylko zdążyłam o tym pomyśleć i znów lecę. Tracę cierpliwość, a przecież wcale z niej nie słynę i proszę tego pana na dole, żeby mnie zdjął z tej ścianki w te pędy, a on na to ze stoickim spokojem, że droga jest jedna: jak Pani tam weszła, tak i musi zejść, bo innej drogi nie ma!

Szpagat na wysokościach

Tak mnie nie wkurzył dawno żaden mężczyzna!

Pytam więc przez zaciśnięte zęby, czy mogę iść na skróty i przejść na ten paliczek co za tą ścianką jest, żeby kontynuować trasę i słyszę: Jak Pani na górę wejść nie może, to jak Pani chce w bok iść! To mu pokazałam jak! Czerwona ze złości, miałam przed sobą kilkudziesięciometrową linę, żeby przejechać się na niej na wysokości jakiegoś pierwszego piętra (przez pół parku)! Ja nie pojadę? Dobrze, że na skróty umiem na wysokościach manewrować, bo pewnie wisiałabym tam do dzisiaj, a moja zziębnięta mama, która krzyczała na mnie z dołu, pewnie dawno by mnie wydziedziczyła!

Z tej całej rozrywki, to ta przejażdżka była tylko przyjemna. Od wszystkiego innego pot i łzy ciekły, że aż szkoda gadać, bo z rozrywki na świeżym powietrzu zrobi się dość nieciekawie, a przecież chodziło o dobrą zabawę. Kolejnych dwóch panów instruktorów tam na dole nie ułatwiało mi życia, ale przecież nie po to są tam zatrudnieni, żebym poczuła się lepiej (za dodawanie otuchy tym na górze też pewnie im nie płacą, więc panowie ograniczają się do krótkich, rzeczowych instrukcji i podśmiechujek z przerażonych dziewcząt na wysokości).

Park linowy w Krajnie to definitywnie dobra zabawa!

Po lince przyjemnie się jechało, później była lina Tarzana ze skokiem na pajęczynę (nienawidzę pająków), dalej szpagaty, zwisy (jakkolwiek to brzmi), drabinki na wysokościach, ruchome beleczki i jeszcze jakieś 50 innych podniebnych atrakcji. Okolicznym dzieciakom cała trasa (włącznie ze ścianką) zajmuje jakieś 15 minut. Ja spędziłam tam dziesięć razy więcej czasu i… (wstyd się przyznać, ale co mi tam, u siebie jestem) nie ukończyłam zadania, bo spieszyłyśmy się na powrotny autobus do Kielc. Przy okazji moja zziębnięta mamusia, krzycząca z dołu żebym się pospieszyła, miała już dość kibicowania mi po godzinie!

Najsłynniejsza fontanna w Europie w miniaturze

Polecam!

Jeśli wybierasz się do Kielc i masz wolny dzień, to polecam Ci Sabat Krajno! Do parku miniatur, który cały czas się powiększa polecam ładną pogodę, bo widoki z góry robią wrażenie. Dobra odskocznia od miasta, dobra zabawa dla dorosłych i dla tych młodszych, doby sposób na sprawdzenie własnych możliwości. Zimową porą warto wybrać się do sąsiadującego z Parkiem Rozrywki i Miniatur Ośrodka Narciarskiego SABAT. Podobno jeździ się świetnie, a obiekt jest niedrogi i bardzo przyzwoity. Ja mam plany uczyć się tam zjeżdżać na desce już tej zimy!

Mimo małej, osobistej porażki wiem już, że ten park linowy nie będzie ostatni w tym roku! W Milton Keynes (gdzie właśnie jestem) mają chyba ze 3 podobne obiekty. Zgarnę je wszystkie, tym razem w normalnym stroju i do końca. Pociesza mnie myśl, że czasami rzeczy są trudniejsze niż się wydają. Tym większa satysfakcja, jak osiągnie się cel, prawda? Nawet tak mały, jak ukończenie wspinaczki w parku linowym!

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz