Mieszkanie w Anglii

Home sweet home jak to mawiają. I mają rację. Bo przecież człowiekowi potrzebna jest spokojna przystań, do której będzie chciało się wracać. Na emigracji mamy zazwyczaj więcej niż jeden, ale czy to lepiej?

Na Wyspach mieszkałam ponad dwa lata. W przeciągu tego czasu przeprowadzałam się jakieś siedem razy, co daje jedną przeprowadzkę na trzy miesiące. Oczywiście to tylko teoria, bo bywało tak, że mieszkałam gdzieś miesiąc i musiałam uciekać, dosłownie! Czasami zaglądałam do Anglii na wakacje i dodatkowy zarobek między latami swojej niestrudzonej edukacji, a bywało, że jak już w jednym miejscu gdzieś się zaaklimatyzowałam, to los mi płatał figla i trzeba było się pakować.

Czasami mieszkanie w Anglii można spokojnie porównać do życia studenckiego. Wielkie domy często wynajmowane są na pokoje i o ile dobrze trafisz, to taki pokoik nie będzie cię drogo kosztował, a i może znajdziesz wspaniałych ludzi, z którymi po pracy będziesz spędzać wspólnie czas. I nawet takiemu pechowcowi jak ja to się zdarzyło, bo dom był całkiem zadbany, landlord na początku całkiem spoko, a ekipa, mimo wielkiej rotacji trafiła się świetna, a przyjaźnie między Polską, Hiszpanią, Anglią i Ekwadorem sprawdzają się do dziś, mimo upływu czasu. Nie raz organizowaliśmy wspólne obiady, kolacje, wypady w miasto i na wycieczki. To jest świetne rozwiązanie, ale do czasu.

Mieszkanie w Anglii nie musi być brzydkie

W takich domach trudno jest o intymność, o spokój, chwilę dla siebie, w dodatku trzeba liczyć się z drugim człowiekiem, jego grafikiem i nastrojem, innymi niż Twoje upodobaniami. Przez ścianę słychać każdą imprezę, kłótnie kochanków, trzaskania drzwiami po nocnych wypadach w środku tygodnia, czy rozmowę na Skype z rodziną. To rozwiązanie jest dobre, ale do czasu. Setki, jak nie tysiące osób wyjeżdżających na Wyspy z planem dłuższego pobytu, liczą się z tym, że taki może być początek, jednak na dłuższą metę chcemy mieć swój kąt i nie ważne czy ma to być kawalerka, małe mieszkanko, czy dom z ogródkiem. Chcę się tej niezależności i zwykłego świętego spokoju.

Znam osobiście kilkanaście osób, które dość szybko doszły do tego rodzaju niezależności i finansowej i mieszkaniowej, chociaż tu jedno z drugim się łączy. Inaczej oczywiście jest w większym mieście, a inaczej w małym i tak jest na całym świecie, jak mniemam. Inaczej też, jak człowiek jest w pojedynkę, a inaczej z partnerem/partnerką i tu raczej też niczego nowego nie odkryłam. No właśnie. Większość moich znajomych na Wyspach, to pary! Oboje pracują i z większą łatwością mogli sobie pozwolić na prywatne, niczym nie zmącone życie we dwoje.

Raz udało mi się mieszkać w ładnej i nowej dzielnicy

Jest oczywiście kilka rzeczy, które wyróżniają polski dom od angielskiego. Dla niektórych błahostka, dla niektórych śmiesznostka, dla innych ciekawostka. Zawsze wierzę, że jest to swojego rodzaju szok kulturowy, który przeżywa się będąc na Wyspach po raz pierwszy i po raz pierwszy można obserwować coś, co jest inne niż „nasze”. Co zdziwiło mnie najbardziej, a czego mieszkając w Polsce nie miałam okazji doświadczyć, czy zaobserwować? Oto kilka przykładów!

Prąd na monety i karty

To chyba zaskoczyło mnie najbardziej. O ile potrafię sobie wyobrazić miejsca mające taki system, na przykład na stacjach benzynowych, pod prysznicami na biwakach, to w domu był to dla mnie totalny szok. Mieszkając jakiś czas na angielskim wybrzeżu, rozlokowano nas w domkach letniskowych, bo tu pracodawca pomagał z kwaterunkiem. Średnia to była pomoc, skoro mieszkaliśmy 1,5 godziny jazdy autostradą od miejsca pracy.

W domku mieszkała nas czwórka dziewczyn i o ile mnie pamięć nie myli, płaciłyśmy 35 GBP za osobę, za tydzień, ale bez rachunków, znaczy się bez karty na prąd. I tu dodatkowo szło nam 50 GBP w tygodniu, bez włączania grzejników, a od końca września było tam już niesamowicie zimno. Jedna taka karta za dyszkę, szła nam w dzień z haczykiem, gdzie większość czasu i tak spędzałyśmy w pracy.

Później przeprowadziłam się z kumpelą do miasta, do tak zwanego studio flat, czyli takiej mniejszej kawalerki. Tu było jeszcze ciekawiej, bo o ile kupujesz kartę na doładowanie prądu i wiesz już mniej więcej na ile ona Ci starcza, a do tego możesz sobie ją kupić na zapas, to tu prąd był na monety! Trzeba było zawsze pamiętać, żeby gdzieś te pieniądze rozmieniać, a łatwo nie było. Ile razy musiałam błagać ekspedientkę w sklepie, żeby wydawała mi z 20 GBP w monetach! A ile razy brałam prysznic i mi prądu z ciepłą wodą zabrakło? Chyba nie zliczę.

Łazienka bez gniazdka i letniej wody 

Kto był, ten wie, że mieszkanie w Anglii nie posiada gniazdek w łazienkach i to ze względów bezpieczeństwa. Pamiętam jakie oczy wybałuszył na mnie mój angielski znajomy, jak oświadczyłam mu, że w polskim domu to jest rzecz oczywista, standardowa i normalna. A ten się krztusić zaczął, bo i jak, dlaczego, przecież to można się zabić, umrzeć!? O ile nie masz zamiaru popełnić świadomego morderstwa, wrzucając partnerowi/przyjaciółce/członkowi rodziny podłączonej suszarki do wanny w celu poprawienia jakości życia, to co złego może się stać? Jak ja niby mam włosy wysuszyć i gdzie? W kuchni? Smacznego.

No i do tego jeszcze te dwa kurki w zlewie, czy wannie! Oszaleli z tymi skrajnościami! Albo lodowato, albo wrzątek! I jak ja tu człowieku mam z tego korzystać? Do wanny spoko, naleję sobie gorącej wody, dopuszczę zimnej i kąpiel jak ta lala! Ale wieź przez przypadek na śpiocha poparz sobie ręce i połowę twarzy, albo zmroź zęby. Ostatnio coraz częściej obserwuję zmianę tych dziwnych rozwiązań na normalne, znaczy się bliższe mojemu sercu: jeden kran, jedno pokrętło! Czy czuję tu polskie wpływy?

Tekturowe ściany

Jestem przyzwyczajona go grubych murów, bo mieszkam w bardzo starej kamienicy. Do ścian z tektury przyzwyczaiłam się na studiach w akademiku, ale żeby tak normalnie mieszkać w domu, gdzie grubość ścian ma jakiś centymetr dykty? Oczywiście nie wszędzie tak było, bo te piękne, murowane angielskie szeregowce mają trochę inną specyfikę, ale niestety nie wszędzie to tak wygląda. I do spania przy głośnych sąsiadach nawet stopery nie wystarczały!

Rozmiar pościeli

Za pierwszym razem jadąc do Anglii, oprócz śpiworka, zabrałam ze sobą poszewki na kołdrę i poduszkę. Zdziwiło mnie jednak, że polskie do angielskiego mi nie wlazło, dopiero później zrozumiałam, że tu jest wybór: single, double, king size! I oni mają różne wielkości tego wszystkiego w zależności od łóżka! A ja z wiochy przyjechałam i nie miałam o takich rzeczach pojęcia.

Pralka w kuchni

I oczywiście, że w Polsce spotkałam się z tym osobliwym zjawiskiem, szczególnie kiedy mieszkanko jest małe, a łazienka jeszcze mniejsza. Zdziwiło mnie jednak, że moi angielscy znajomi nie widzą w tym nic dziwnego i mimo, że mają w domu małe pomieszczenia gospodarcze, to jednak ta pralka jest gdzieś między zmywarką i kuchenką, co jednak nie trafia do mojej wyobraźni. Ale skoro im to pasuje?

A tu część o angielskiej kulturze!

A tu o barach!

A tu o transporcie!

A tu o zakupach!

 

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
ErnestMarina Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Marina
Gość

Wiem o czym mowisz, bo moje pierwsze mieszkanie, kiedy wyjechalam do pracy w Holandii bylo bardzo podobne i nie wspominam tego najlepiej. Odkladalam ile moglam, zeby jak najszybciej wyprowadzic sie na swoje. Karty na prad tez pamietam-co za zdzierstwo…

Ernest
Gość

Czytałem z zaciekawieniem. Wielu znajomych wyjechało do Anglii, ale nie sądziłem, że tak jest. Prąd na kartę i monety wygrał 🙂 Powodzenia w Anglii. Pozdrawiam 🙂