Jestem mała w Wielkiej Brytanii

Czasami tak jest, że człowiek czuje się mały i nic z tym nie można zrobić. Nawet jeśli na co dzień uważamy się za silnych, niezależnych i mamy dużo do zaoferowania. Tak się czujemy i tyle w temacie.

Jestem mała w Wielkiej Brytanii

– tak sobie kiedyś pomyślałam. Wyspy kojarzyły mi się początkowo z niepowodzeniem, brakiem możliwości, niską samooceną, pechem. Wykorzystywaniem, zarobkowym dnem, nietolerancją, pomieszaniem z poplątaniem. Kryzysami, brakiem wsparcia z jakiejkolwiek strony i wreszcie  z wielką (osobistą) traumą. Przed wyjazdem nie miałam tam nikogo znajomego. Ba, nigdy nie znałam nikogo, kto tam pojechał i odniósł sukces, albo doznał porażki. Najzwyczajniej w świecie. Nigdy wcześniej też nie pojawiła się w mojej głowie myśl o jakiejkolwiek emigracji zarobkowej.

Na wyjazd zdecydowałam się już długo po tym jak otworzono dla nas Polaków granice. Od czasu do czasu w naszych mediach pojawiały się jakieś informacje na temat życia naszych rodaków właśnie tam. Ciężko stwierdzić z perspektywy czasu, jakie to były informacje. Zazwyczaj coś złego stało się naszym, nasi coś złego zrobili, nasi odnieśli sukces, nasi dostali od tamtego rządu po uszach. Bez konkretów, ale zawsze z jakąś nutką emocji w tle, bo przecież tak działa telewizja. Moim zdaniem prawdziwe emocje pojawiają się dopiero wtedy, kiedy dotyczy to nas bezpośrednio.

Nie myślałam o wyjeździe zagranicznym, aż do momentu, kiedy zbliżał się koniec moich długich studiów. Długich, bo przecież nie byłabym sobą, gdybym w międzyczasie nie zaczęła trzeciego kierunku. Na pół roku przed zakończeniem poczyniłam kroki do napisania swojego pierwszego profesjonalnego CV (tych mniej profesjonalnych miałam już kilka). Myślałam, że to dobre CV, konkretne, może nie za piękne, ale konkretne. Oprócz 3 dyplomów miałam na koncie semestralne wyjazdy zagraniczne, odrobione praktyki dziennikarskie w „poważnych” mediach, dużo pracy dorywczej połowicznie związanej z zawodem. I co? I cisza.

To dość frustrujące dla młodego człowieka

Każdego, który poszedł na studia oczekując, że w jego życiu coś się diametralnie zmieni w momencie ich ukończenia. Niby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otworzą się wszystkie pozamykane dotąd drzwi do zrobienia kariery, do zarabiania dobrych pieniędzy, do pracy, która będzie działała na wybujałą wyobraźnię i napędzała umysł. Marzycielka i idealistka w jednym – tak o sobie myślałam. Myślałam, że mogę zrobić wszystko, wysyłałam więc CV z nadzieją, że zaraz po ukończeniu trzech kierunków znajdę wymarzoną pracę.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy nic się nie działo. Obrona kolejnego dyplomu już za pasem, a tu nic się nie dzieje. Te wielkie drzwi dorosłości ani drgnęły. Trzeba było rozszerzyć zakres poszukiwań na więcej niż na swój kraj. Ale to trochę dziwnie, bo i dlaczego miałabym to robić? Czyżbym na swoim gruncie też była mała? Mało atrakcyjna dla przyszłego pracodawcy? Za dużo dyplomów, za mało praktyki, albo praktyka nie taka i oczekiwania za wysokie względem przyszłej pensji? O moich perypetiach i początkowych porażkach stworzyłam do tej pory cały (niedokończony jeszcze) cykl:

Za pierwszym razem nie było łatwo

Zdecydowanie nie. Za drugim było już prościej, ale dopiero za trzecim (tak, tak to dość skomplikowana relacja) było tak, jak powinno być. Jednak to właśnie po drugim powrocie z Wysp i decyzji o podjęciu studiów doktoranckich (tak, tak, to równie skomplikowana relacja) uświadomiłam sobie, że jestem mała w Wielkiej Brytanii, również na własne życzenie. Kiedy zostałam sama, bez przyjaciółek przy boku zaczęło robić się coraz smutniej. Małe grono znajomych, ciągłe zmiany pracy, mieszkania, wpędzały mnie samą i samotną w nostalgiczny i melancholijny nastrój izolacji.

Nieustannie starałam sobie powtarzać, że mój angielski robi się coraz lepszy, a utyskiwanie angielskich kolegów z pracy to tylko żarciki powodowane moim akcentem, brałam przez palce. Przecież co trzy miesiące podchodziłam do państwowych egzaminów sprawdzających moją wiedzę i zgodnie z każdym dyplomem robiłam progres. Niestety czasami tak bywa, że jeden koleżeński żart, potrafi zniechęcić do rozmów w innym języku na jakąś chwilę. Człowiekowi zajmuje trochę czasu nauczenie się do siebie dystansu i spojrzenie na siebie innym, mniej krytycznym okiem. Szczególnie człowiekowi surowemu dla własnego ja, jakim niewątpliwie przyznaję się być.

Kolejne przykazanie: nie oceniaj!

Podziwiam zarówno ludzi, którzy tam zostali i mieli odwagę, chęć i powody, żeby tam zostać, jak i ludzi, którzy stwierdzili podobnie jak ja: mam dość, ja wysiadam z tej nieprzyjemnej angielskiej i emocjonalnej karuzeli! Ani w jednym, ani w drugim nie doszukuję się znamion szaleństwa, czy osobistej porażki. Każdy ma swoje powody i jak czasami słyszę głosy znajomych: to co, nie dałaś rady? Anglia niszczy człowieka? Tam Polak nigdy nie będzie na poziomie? – to trochę robi mi się dziwnie. Nie uważam, żeby stało się coś złego, ale musiałam się nauczyć inaczej żyć i postrzegać kwestie własnego ja. Tam rzadko miałam momenty, że czułam się jak u siebie, ale takie momenty istniały.

Po przyjeździe do Polski też nie czułam się jak u siebie, bo życie trochę się jakby rozeszło. Studia miały być psychiczną odskocznią do fizyczności pracy w Anglii. Dość szybko wskoczyłam w początkowo wygodne buty doktorantki, ale jeszcze szybciej zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, jak wiele mi tu nie pasuje i jak prostsze by było – być tam. Mam tu na myśli kwestie chociażby finansowe, ale jak to się mawia – pieniądz rzecz nabyta, raz są, raz nie.

Nagła zmiana

Po ponad pół roku dostałam z Anglii miłego maila. Zaproszono mnie do projektu, przy którym już wcześniej pracowałam. Zwrócono uwagę na moje wcześniejsze zaangażowanie w zespole i niesamowitą efektywność. Zrobiło mi się niesamowicie ciepło na serduszku, a że projekt powiedzmy, że odbywał się w trakcie wakacji, po roku przerwy zdecydowałam się na krótki powrót na Wyspy.

Po raz pierwszy poczułam, że nie muszę tam jechać i zostawać w nieskończoną liczbę godzin balansowania pomiędzy lepszy-gorszy, zwycięstwo-porażka, swój-obcy, wszystko-nic, życie-śmierć! Mogę wreszcie spakować bagaż emocjonalnie złych doświadczeń, odrobiny kompleksów, kilograma porażek, masy niepotrzebnych łez i taką oto spakowaną walizkę mogę wyrzucić na śmietnik zapomnienia.

Jak lekko szło mi się wtedy na rozmowę z przyszłymi współpracownikami (w większości Anglikami)! Jak mało ciążyło na mnie skruchy za brak zrozumienia ich innych akcentów, jak miło przedstawiało mi się mówiąc, że jestem z Polski i mam większe niż oni doświadczenie (w tej pracy), jak cudownie było się uśmiechać do nieznajomych i wiedzieć, że za 7 tygodni nie będę musiała zostać tam na stałe, szukać nowej pracy i przeprowadzać do innego domu! Wrócę na kolejny semestr, zorganizuję kolejny wyjazd! Oto siła świętego spokoju, której zapomniałam spakować podczas swoich pierwszych dwóch wyjazdów!

Teraz Wielka Brytania to dla mnie miejsce, do którego będę wracać z miłą chęcią i odwagą do stawiania kroków wyżej i wyżej (jeśli zajdzie taka potrzeba i możliwość po Brexicie)! To miejsce pomieszania kultur w dobrym tego sformułowania znaczeniu, gdzie można wiele się dowiedzieć i jeszcze więcej nauczyć, bo kraj daje możliwości tym, którzy chcą wiedzieć więcej. O sobie. Czy byłam mała w Wielkiej Brytanii? To już nie ma znaczenia…

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Jestem mała w Wielkiej Brytanii"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
Jolanta
Gość

Bardzo przyjemniej czytało się ten wpis. A jeszcze fajniej, że zakończył się on happy endem. Nie można lekkich potknięć traktować jak życiowych porażek. Bardziej, jak elementy/sytuacje, które wzbogacają nasze doświadczenie, czegoś uczą i dzięki nim kolejne, podobne momenty kończą się inaczej (pozytywnie). Dobrze, że teraz Ty jesteś na „wygranej pozycji”, Ty rozdajesz karty, Ty możesz ale nie musisz przyjmować kolejnych ofert – to zdecydowanie duży komfort psychiczny 🙂

Anna
Gość

Gratulacje 😉 Nie było łatwo ale ważne, że dobrze się skończyło. Nie można się poddawać 😉

Natalia
Gość

Emigracja to temat rzeka, sama dużo o niej piszę i rozumiem całą gamę uczuć przez jakie przechodziłaś. Może czasami czułaś się tam „mała”, ale ostatecznie wyjazd daje siłę i moc. Nie mieszkamy w Polsce od 4 lat (pierwsze dwa lata spędziliśmy w Australii, drugie w Nowej Zelandii). Powodzenia!!!

Joanna
Gość

Ja wyjechałam do Anglii z facetem i było mi bardzo ciężko. Nie wyobrażam sobie jak może być ciężko komuś kto wyjechał sam. Z drugiej strony, możesz sobie pogratulować i być z siebie dumna. Zrobiłaś coś na co wielu nie starcza odwagi. Nauczyło cię to dużo i otworzyło nowe drzwi dla ciebie. Brawo!

wpDiscuz