Dlaczego tu jesteście, czyli pytanie od Anglika

Dlaczego tu jesteście? Takie pytanie usłyszałam jakiś czas temu w jednym z angielskich pubów w Milton Keynes. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Anglik ewidentnie miał nam to za złe.

Jakiś rok temu

Po raz kolejny przyleciałam na Wyspy. Po dwóch nieudanych romansach, czy jak kto woli – nieudanych próbach związku z tamtą ziemią, doszłam do wniosku, że nie jesteśmy sobie przeznaczeni. Ja i Anglia, to raczej związek bez przyszłości i chociaż mogło się wydawać, że do zakochania jeden krok, to jednak o krok za daleko!

Przyleciałam na projekt, związany z angielską edukacją, który trwać miał maksymalnie siedem tygodni. Wyobraź sobie polską maturę. Młodzi ludzie z całej Polski zaczynają pisać egzamin jednego dnia. Później są kolejne i kolejne. Nigdy nie zastanawiałam się jak wygląda sprawdzanie takich egzaminów (daj znać, jak masz jakieś pomysły)!

W Anglii to wygląda mniej  więcej tak: dzieciaki piszą egzaminy, na różnych poziomach, z różnych przedmiotów, prawie każdego dnia. Każdego dnia szkoły pakują to do specjalnie oznaczonych kopert i wysyłają w kilka miejsc. To trafia do nas. Przesyłki z tysiącami kopert są kierowane do nas. Każdego roku ich liczba liczona jest w milionach egzemplarzy i każdego roku sukcesywnie wzrasta. Jestem przy tym każdego roku między majem i lipcem od czterech lat. Za każdym razem robimy to lepiej, szybciej i większych ilościach.

Wracając do meritum

Rok temu, zaraz przed głosowaniem w sprawie Brexitu, przyjechała do mnie przyjaciółka w odwiedziny. Czekałam na nią w jednym z barów niedaleko głównego dworca MK. Do Anglii przyjechałyśmy razem, ale z przyczyn od nas niezależnych, musiałyśmy się „rozstać”. Ja wróciłam do Polski, ona wytrwała tam. Ja wróciłam na studia, ona pięła się po szczebelkach kariery. Ja przyleciałam do Anglii na siedem tygodni, ona tylko na urlop wracała do Polski.

Był piątkowy wieczór. Ja prosto po pracy, raczej na elegancko, ona po pracy też raczej bardziej oficjalnie niż na piwko. Wyściskałyśmy się i zaczęłyśmy rozmawiać. Pub pękał w szwach, było gwarno i tłoczno. W dużym angielskim mieście raczej nikt nie zwraca uwagi na język, w którym rozmawiają osoby przy sąsiednim stoliku. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Po jakichś dwóch godzinach w pubie zaczęło ludzi ubywać, bo przecież jest piątek wieczór i można wyjść już gdzie indziej, niż tylko na piwo. Zostałyśmy. Ploty, plotki, ploteczki po polsku. I nagle podchodzi do nas gość. Mężczyzna, koło sześćdziesiątki, lekko już wstawiony. Stał z innymi – Anglikami – zaraz koło naszego stolika. Na Wyspach to norma, że ludzie chcą interakcji z innymi, szczególnie w barach, na luźno, bez większych problemów.

I zapytał bez ogródek:

-Dlaczego tu jesteście? – wyobraź sobie nasze miny. Przyzwyczaiłyśmy się do innych zwrotów powitalnych.

-Jest piątek, to jest bar, jesteśmy tu… żeby napić się piwa – powiedziałam zaskoczona.

-Ale dlaczego TU jesteście? – spytał ponownie i zdążyłam połapać się, że nie było to mile zadane pytanie.

-Jestem tu, bo lubię ten bar. Kiedyś tu pracowałam, więc mam sentyment – stwierdziłam przekornie.

-Ujmę to inaczej. Dlaczego jesteście tu! W Anglii? – Wybełkotał z przekonaniem tak wielkim, jakby od tego zależało, czy zaraz znikniemy, czy nie.

-Jest wiele powodów… Mieszkam tu od kilku lat. Przyjechałam na chwilę, zostałam na dłużej – cała grupa jego znajomych zaczęła podchodzić bliżej, żeby usłyszeć naszą konwersację. – Uwielbiam brzmienie języka angielskiego i doszłam do wniosku, że najlepiej nauczę się go w Anglii. Chodzę więc na zajęcia językowe w każdą sobotę o dziewiątej rano. Od drugiego dnia pobytu w Milton Keynes pracuję i płacę podatki. Za mieszkanie, wywóz śmieci, podatek od wynagrodzenia. Często pracuję więcej niż 37,5 godziny w tygodniu i jestem kierowniczką przy projekcie edukacyjnym, ale zawsze mam czas na zakupy i zostawianie zarobionych tu pieniędzy w TYM kraju. Przyjechałam tu po studiach, mam więc dwa licencjaty i magistra, i kto wie, może pójdę tu jeszcze na inne studia? – nagle słyszę śmiech i brawa.

Ten pan chyba miał w głowie inną odpowiedź

Myślał, że się ugnę i ulegnę pod przymusem jego niezbyt miłej postawy. Wcześniejsze lata spędzone w tym kraju dały mi jednak do myślenia. Dały mi też więcej pewności siebie w takich momentach. Ten śmiech i brawa były (moim zdaniem) w połowie szczere, w połowie ironiczne. Zagięłam go, bo uważał pewnie, że będę się jąkać i przepraszać.

Zapewne to on śmiał się ze mnie, dzień po ogłoszeniu wyników referendum, kiedy to Wielka Brytania zdecydowała się odejść z Unii Europejskiej. Teraz jego zdaniem opuszczę ten kraj ze spuszczoną głową i podkulonym ogonem. Ale tak się nie stało. Może i nie jestem w Anglii na stałe, bo umówmy się, komu do końca pasuje ta pogoda? Przyjeżdżam tu na zaproszenie brytyjskiej firmy, żeby brać udział w czymś więcej.

Dlaczego tu jesteście?

Są tysiące powodów, dla których Polacy wyjechali do Anglii. Kilka dni temu rozmawiałam z nowymi kolegami z pracy, którzy z niedowierzaniem słyszą o moim powrocie i chęci współpracy z firmą. Zadają mi pytania w stylu: skoro jesteś taka wykształcona, znasz trzy języki to czemu w Polsce nie znajdziesz sobie super pracy? I lawina się zaczyna. Zaczynacie porównywać średnie zarobki u nich i u nas; średnie koszty utrzymania, wydatki na samochód i paliwo; wyjście do baru po pracy; koszt remontu; utrzymanie zwierzaka; palenie fajek itp. I nagle dla nich samych, Anglików, ich kraj, to raj na ziemi, a mój już niekoniecznie.

Wszędzie znajdzie się ktoś, kto będzie chciał podważyć jestestwo Polaków poza granicami naszego kraju. Chciałabym, żebyśmy umieli rozumieć ich strach i wątpliwości, ale też pragnęłabym, żeby oni zrozumieli nasz strach i wątpliwości! Mamy ich nie mniej niż oni. Prawda?

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz